Zacznij od jednego oddechu

Mam takie poczucie, że wiecznie biegnę. Zawsze jest tyle do zrobienia przy dzieciach, w domu, a jeszcze moja pasja pomagania innym mamom, a jakieś warsztaty, wiadomości na fejsie, obiad w domu, zakupy, zawsze w pędzie. I zawsze między jednym a drugim karmieniem, obitą głową, czytaną bajką, mokrą pieluchą. W pośpiechu, którego od zawsze szczerze nie znoszę. Nie lubię się spieszyć, lubię mieć zaplanowane, lubię spokojnie, celowo, konkretnie. Trochę ciężko przy dwójce maluchów, tak jakby.

W tym biegu denerwuję się strasznie szybko. Mój słynny krótki loncik znacznie się skraca w rodzicielskim chaosie i choć wiem, że to nie pomaga, wciąż i wciąż robię rzeczy, których potem żałuję. Najczęściej to jest tak, że jest mi niewygodnie i źle, coś boli albo chce mi się pić, ale w danej chwili nie mogę sobie zrobić wygodniej. Wtedy myślę o tych swoich potrzebach i tym, co je akurat uniemożliwia, a potem, niestety, otwieram usta. I płynę. Pięć minut później rejestruję szeroko otwarte oczy Licha i to, że nadal mówię. I że to nikomu nic nie pomaga.

Dlatego tegoroczna Konferencja Bliskości była dla mnie bardzo, bardzo cenna. Było na niej bowiem sporo o tym, jak uczyć się empatii i spokoju. Jak trenować uważność i jak przyjmować wszystkie emocje dzieci, zwłaszcza te trudne. Jak bawić się z dziećmi w ich zabawy, witać ich pomysły, pomagać im – i nie zwariować. Było sporo o tym, że nikt nie jest święty i że nie chodzi o to, żeby było wszystko idealnie. Chodzi o proces, o naukę, a także o to, żeby zacząć od teraz. Teraz, tutaj możesz – nie krzyknąć. Na przykład.

„Zacznij od jednego oddechu” – powiedział dr Lawrence Cohen i trafił mnie prosto w serce.
„Jeśli to nie jest zawał, to może zaczekać”. Nie dam rady być zawsze idealna, ale hej, dam radę zacząć od jednego oddechu! Zatrzymać się na moment, który pozwoli mi na przykład nie otworzyć ust. No dobra, nie wiem, czy na pewno dam radę ich nie otwierać, ale mogę się starać, prawda? Ogromną otuchą napełniła mnie Monika Szczepanik ze Świata Żyrafy, która mówiła o tym samym. To krzepiące, że osoby praktykujące Porozumienie Bez Przemocy na co dzień, od lat – też nie są idealne ;) Chyba największe brawa pierwszego dnia konferencji zebrała Agnieszka Stein, gdy na problem z sali: „Wciąż czuję, że nie postępuję tak, jak bym chciała” odparła: „Ja też”.

Tak sobie tutaj piszę i widzę właśnie, dokładnie w tej chwili, że mam spory problem z dorośnięciem do własnych oczekiwań. Tymczasem w sobotę Marta Sikorska powiedziała coś niesamowicie odświeżającego, co dało mi zupełnie inny punkt widzenia, nowy punkt wyjścia. W moich notatkach mam nawet przy tym cytacie stosowny rysunek, choć nie umiem rysować i staram się tego nie robić, gdy nie muszę. Tym razem jednak musiałam, żeby w ogóle móc się potem skupić na dalszym ciągu panelu.

„Lubię mojego szakala.”

Lubię mojego szakala! Gdy zaatakuje, sprawdzam, czego on bronił, o co mu chodziło. Czemu akurat ta sytuacja wyprowadziła mnie z równowagi? I – znów Cohen, a także Agnieszka Stein w wykładzie o empatii – to jest punkt wyjścia do dalszego rozwoju. Nie chodzi o to, żeby się martwić, że jestem najgorszą matką na świecie, tylko żeby przyjąć swoje emocje, sprawdzić, czego potrzebuję, co mnie tak naprawdę zdenerwowało i dlaczego, bo może tam właśnie kryje się jakieś miejsce, które mogę sobie poprawić, uzdrowić? „Wielu rodzicom do tego, żeby byli wspaniałymi rodzicami, potrzeba tylko, żeby mogli się porządnie wyspać” – powiedziała Agnieszka Stein. Cholernie wiele w tym prawdy. Cały zresztą dwuczęściowy wykład Agnieszki o empatii dał mi nie tylko narzędzia do tego, żeby praktykować od teraz, ale też wzmocnił moje przekonanie, że trzeba dbać o siebie. I czasem pozwolić innym o siebie zadbać, bo czasami potrzebujemy najpierw empatii od drugiej osoby, żeby dać ją sobie sami, a potem dopiero będziemy w stanie dać innym. A tutaj znów wracamy do Cohena, który zachęcał, żeby mieć jakąś zaufaną osobę, najlepiej nie będącą współrodzicem naszych dzieci, z którą możemy zawsze przegadać trudne chwile i otrzymamy wsparcie emocjonalne. Skoro zaś znów jesteśmy przy Cohenie, inspirująca była dla mnie rada, by – jeśli nie jesteśmy w stanie bawić się z dzieckiem na okrągło z pełną uwagą, a umówmy się, nikt nie jest – najzwyczajniej w świecie nastawić timer. 10 minut będzie całkiem w porządku, jeśli poświęcimy je na autentyczne porozumienie.

Mogłabym tak jeszcze długo, a to tylko trzy panele. Ale te właśnie najbardziej mnie poruszyły. Obiektywnie przyznaję, że największą furorę zrobił jednak Carlos Gonzalez swoim wykładem o żywieniu dzieci. Zaczęło się od pytania: „Czy w wieku sześciu miesięcy dzieci nagle głupieją?”*, a potem napięcie rosło. Nie będę Wam przytaczać tego wykładu, ale zacytuję Gosię Jackowską, która siedziała obok mnie i mniej więcej przy tej tabelce zapytała przez zęby: „Gdzie są pediatrzy na tej sali?”. Też żałuję, że ich prawie nie było.

12334320_1204635126216580_1348948100_oWykładów było jeszcze wiele, ale czuję, że jeśli zacznę pisać o wszystkich, albo nawet tylko tych, z których wyniosłam coś ważnego dla siebie, to ten wpis nie będzie miał końca. Mój konferencyjny notesik jest pełen inspirujących myśli i cytatów, tytułów książek do przeczytania i adresów blogów do zapoznania się. Jeszcze bardziej wypełnioną mam głowę, a najbardziej – serce.

Julita, Emilia – dałyście mi inspirację, siłę i pomysły na dalsze działania. DZIĘKUJĘ!

Dziękuję też wszystkim, które i których spotkałam.
I dziękuję za opiekę nade mną i moją zagipsowaną nogą :)
Justyna
Ola
Agata
Zuza
Agnieszka
Marta
Gosia
i wszyscy, wszyscy inni – dzięki <3


*Skoro przez pół roku uważamy, że najlepsze jest karmienie na żądanie, pod kierunkiem dziecka, to dlaczego po sześciu miesiącach nagle to pediatra, rodzic i panie w żłobku wiedzą najlepiej, ile i czego dziecko powinno jeść? Samo dziecko jest najlepszym specjalistą.

5 myśli nt. „Zacznij od jednego oddechu

  1. Warto również wiedzieć, że nie ma żadnych badań odnośnie końca karmienia piersią. To znaczy który moment jest najlepszy. Generalnie górna granica nie istnieje (dolna to rejon pierwszych kilku tygodni życia dziecka). Przy czym w ogóle nie wiadomo, czy dzieci karmione piersią dłużej są zdrowsze od tych krócej, badania na ten temat dawno obalono (tak, te które cytuje WHO na swojej stronie). Zbyt wiele czynników zewnętrznych na to wpływa. Słynne dwa lata karmienia piersią WHO wzięło z choinki, a przepraszam, dokładniej z Koranu. I to tyle. W zasadzie można dziecko karmić piersią tak długo, jak się chce i jak chce dziecko. Czy się karmi pół roku, czy pięć lat, prawdopodobnie nie ma żadnej różnicy, więc po co napadać na matki karmiące dłużej niż pół roku, nie mam pojęcia. Co najwyżej moment rozszerzania diety jest dyskutowany, bo jednak badania pokazują, że rozszerzanie diety aż po pół roku generuje więcej alergii i anemii, niż po 4 miesiącu. Bo to pół roku WHO też wzięło bez żadnych badań. Na zasadzie „bo tak się nam wydaje”. Całą resztę dośpiewano. W ogóle całe to propagowanie karmienia piersią przez lekarzy to wielka ściema. Zaczęło się od wtopy UNICEFu na pocz. lat 70 tych, kiedy to ta wspaniała organizacja wysłała dużo tranu i mleka modyfikowanego do krajów trzeciego świata, gdzie nawet nie było czystej wody, by to mleko rozrobić. W efekcie dawano to dzieciom w podstawówkach (np. W Turcji), często przeterminowane i śmierdzące. Pochorowało się i umarło od tego kupę dzieciaków. Żeby przykryć smród, jaki się po tym zrobił na świecie, WHO razem z UNICEFEm zaczęli promować wtedy karmienie piersią w krajach trzeciego świata (wcześniej starali się zrobić coś dokładnie odwrotnego), a przy okazji i w pierwszym świecie.

    Dla odmiany na zachodzie pojawia się inna dyskusja. Matki karmiące butelką są dyskryminowane, często pod wpływem ogromnej presji kp cierpią na depresję, nie mają żadnego wsparcia w karmieniu butelką (które wcale nie jest takie łatwe, jak się karmiącym piersią wydaje), tworzą się grupy wsparcia dla mam karmiących inaczej niż jedynie_słuszny_ideał wymaga. Bo to już jest w Stanach duży problem. A nas będzie za chwilę.

    Co do rodzicielstwa bez przemocy, zawsze powtarzam, że pierwsze pokolenie ma najgorzej. Po prostu zostali wychowani w oparciu o strach przed karą (czy fizyczną, czy jakąś inną). Muszą wszystko zacząć od zera. Takim jak ja czy Niemałż, którzy nie byliśmy bici ani karani w dzieciństwie, jest o niebo łatwiej. Moja mama często traciła cierpliwość, bo miała syndrom matki_idealnej i przez to nieustannie się kłóciłyśmy, ale mnie nie karała, w efekcie dyskusje były zażarte, ale zawsze do czegoś prowadziły. Nie powiem, żebym była jej wdzięczna, nadal mam żal, że mogła wiele razy machnąć ręką i się nie czepiać oraz wymagać od nas wielkiej miłości, bo karmiła nas z bratem piersią (kilka razy jej wykrzyczałam, że trzeba mnie było nie karmić i się nie męczyć). Ale jedno mi dała, nie mam odruchu uderzenia słabszego, w ogóle się nie denerwuję przy dziecku (a w teorii powinnam powodów mieć milion, bo Kluska do łatwych w wychowaniu dzieci nie należy, raczej przeciwnie, ma bardzo silną osobowość i nie uznaje kompromisów), nie mam żadnych wyrzutów sumienia, gdy podrzucam małą komu innemu do opieki i co ważniejsze, trzymam się z dala od ludzi, którzy mi mówią, jak powinno być traktowane dziecko współcześnie. To znaczy im dalej od pań i panów psychologów, tym lepiej. Oni na ogół kompletnie nie wiedzą o czym mówią. Piękne słowa, piękne ideały, zero konkretów co zrobić, gdy dziecko rzuca się na ziemię waląc głową o podłogę w sklepie. Ludziom puszczają nerwy, a od psychologów dostają tylko klepanie po ramieniu, że no tak, to jest takie bardzo trudne nie wrzeszczeć na swoje dziecko, nie bić go i nie poniżać. O nie. To jest bardzo łatwe. Tylko trzeba najpierw sobie uzmysłowić, że nic się nie wie o swoim dziecku, ani o wychowaniu i że może warto posłuchać teściowej, swojej mamy, dziadka, czy starszej cioci, które wychowały mnóstwo dzieciaków i wiedzą na ten temat o wiele więcej, niż jakiś tam psycholog. Bo są bogatsze o praktykę, która jest bezcenna. Psychologowie budują teraz ogromną tamę między rodzicami i dziećmi. Łatwiej manipulować ludźmi oderwanymi od rodziny. Więc się je odrywa wmawiając, że starsze pokolenie nic nie wie i nic nie rozumie, że jakaś tam pani spycholog z fakultetem wie sto razy lepiej. No więc guzik wie, za to się pięknie wymądrza i przy okazji sporo na tym zarabia.

    • Lavinka przykro mi, że na takich psychologów trafiłaś. Ale pomyśl o osobach, które w relacjach z własnymi rodzicami doświadczyli czegoś zupełnie innego niż Ty. Czy będą u nich szukać wsparcia i wskazówek odnośnie wychowania dzieci? Hm… Czy posiadanie fakultetów (czytaj wiedza) w czymś przeszkadza? Czy trzeba mieć własne dzieci, by móc wypowiadać się o wychowaniu? Idąc dalej można powiedzieć, że położna, która nie ma dzieci, nie powinna być położną, bo co ona wie, o porodzie? A jak „nie urodziła” swojego dziecka przez cesarskie cięcie?

      A odnośnie samego tekstu, to na prawdę warty przeczytania. Aż żałuję, że w tym roku nie mogłam uczestniczyć :(

    • Odniosę się do karmienia piersią i zaleceń who. Primo, w zaleceniach jest „pół roku lub dłużej, ile matka i dziecko sobie tego życzą”. Secundo, i to bardzo ważne, to nie jest prawda, co piszesz o rozszerzaniu diety. Późne wprowadzenie alergenów oczywiście nie chroni przed alergią, ale układ pokarmowy dziecka czteromiesięcznego nie jest gotowy na inne jedzenie, niż specjalne mleko. Co do anemii, zapasy żelaza z ciąży starczają na ok 6-12 miesięcy, zależnie od tego, jak wcześnie odcięto pępowinę. Mieszanka dla dzieci po 6 m zawiera żelazo. U dzieci karmionych piersią, które bardzo szybko rosną, może się zdarzyć konieczność suplementacji. Teraz najlepsze, mówił o tym Gonzalez w niedzielę: rozszerzamy dietę nie tyle dlatego, że trzeba, bo na mleku (tu akurat mleku matki) i kropelkach z żelazem można by dojechać do dwudziestki i pewnie dalej – ale dlatego, że już można. Ponieważ dziecko po pół roku już nie musi mieć aż tak idealnej diety, jak wcześniej.

      Co do psychologów, to na szczęście są też tacy, którzy starają się pomagać rodzicom w nawiązaniu więzi, a nie w zrywaniu jej. Ale chyba trochę wiem, o czym mówisz.

  2. Wiele razy nie zgadzam się z tym, co piszesz, ale tym razem pod wieloma rzeczami podpisuję się wszystkimi kończynami. Zwłaszcza pod tym:

    *Skoro przez pół roku uważamy, że najlepsze jest karmienie na żądanie, pod kierunkiem dziecka, to dlaczego po sześciu miesiącach nagle to pediatra, rodzic i panie w żłobku wiedzą najlepiej, ile i czego dziecko powinno jeść?”

    Moje dziecko samo odstawiło się od piersi w wieku 11 miesięcy.
    Miałam zamiar karmić do ukończenia roku (ze względów zawodowych), ale skoro potomek tak zadecydował, musiał mieć powód – dodam, ze wcześniej pierś uwielbiał.
    Wprowadziliśmy Bebilon, który pił potem jeszcze pół roku rano i wieczorem, ale po pół roku analogicznie do piersi Bebilon poszedł w odstawkę – z dnia na dzień.
    Mam sporą wiarę w to, że nagłe zamiłowanie dziecka do ryżu i mięsa albo np. rezygnacja z jogurtu ma jakieś uzasadnienie.
    Nasza pediatra uważa, że dziecko powinno jeść tyle, ile chce, bowiem się nie zagłodzi. Nie wolno dziecka zmuszać, szantażować, prosić, że „jeszcze parę łyżeczek”, karać za niejedzenie, obiecywać nagrody za zjedzenie i tak dalej.
    Dla mojej matki, która zajmuje się moją bratanicą, powodem do dumy jest to, że jak mówi np. „udało mi się oszukać Martę i chociaż nie chciała już więcej zupy, to ją tak zbajerowałam, że zjadła wszystko”.

Dodaj komentarz