Osiem i pół miesiąca później: matko, szacun.

No więc, nie zaczyna się tak zdania, ale bardzo lubię, no więc mam dwoje dzieci. Niemowlak raczkuje, siada, wstaje. Starsza nie lubi pożyczać zabawek. Macie ogólny ogląd sytuacji. Niemowlak ma alergię i AZS, ale już jest nieźle. Ja mam dietę, ale już znośną (będzie o tym notka, bo niepotrzebnie się dałam wkręcić) oraz trochę jazdy z tarczycą (senność, nerwowość w pakiecie). Ale mam też: nianię do starszej trzy dni w tygodniu, panią do sprzątania i partnerski podział obowiązków w domu. A także prywatnych lekarzy.

Umieram ze zmęczenia. Nic mi się nie chce. Kurs na prawko leży napoczęty. W domu bajzel. Urzędowe sprawy mi zalegają. No masakra. A przecież, powtórzmy, mam nianię, panią do sprzątania, ogarniającego męża. I tylko dwoje dzieci.

Matko samodzielna. Matko pracująca. Matko wielodzietna. Matko z partnerem na placówce, bez partnera, samotna w wielkim albo małym mieście. Matko chorego dziecka. Która jeszcze dajesz radę, gotujesz im obiady, jakoś sprzątasz, gdy śpią, nosisz zakupy, nie masz forsy na nianie, ale ciągniesz ten wózek, uśmiechasz się do dzieci, bawisz się, może nawet prasujesz ubranka (hate, hate).

Matko, szacun. I ściskam Cię mocno.