Zażarcie

Ósma rano. Licho śpi. Budzę delikatnie.
– Kotku, króliczku, obudź się… Wstajemy…
Mruczy i wygodniej mości się przy piersi.
– Córeczko, hej… Trzeba wstać…
Cisza.
– Tata robi dla ciebie kakao…
Zrywa się, leci na złamanie karku, depcze misia, szura piżamą. Ze śmiechem wlatuje do kuchni.
– Moje kakało!!!

To nie hormon, to życie

Ja pierdolę, co za dzień.

W południe wybrałam się z Lichem na dłuższą eskapadę po Ursynowie. Niechętnie, lecz tak się złożyło, że dłuższy czas temu zrobiłam mojemu mężowi dwie listy: rzeczy do kupienia przed porodem i rzeczy do zrobienia przed. Tak więc, no cóż, dziś ruszyłam je wreszcie kupić i zrobić, gdyż nigdzie nie jest powiedziane, że nie urodzę na przykład jutro. Całkiem świadomie wybrałam dzień z Lichem, bo bez wózka nie dałabym rady zatachać i przytachać tego i owego.

Przeliczyłam się ostro: po zakupach okazało się, że mam jakieś sto kilo w wózku, co nieco w torebce i dużą, ciężką reklamówkę. (Brzucha nie liczymy, prawda.) No i Licho, które w tych okolicznościach przyrody nagle rozmarudziło się jak nigdy, zapewne z zimna, bo spacer był długi, a pogoda obrzydliwa.Absolutnie nie było opcji, żebym ją doniosła do domu na rękach, albo nawet tylko kawałek, pchając jednocześnie wózek.

Tak więc ona siedziała w tym wózku i płakała wniebogłosy, ja z trudem pchałam ją razem z zakupami, targając jednocześnie reklamówkę (i brzuch). Wróciłyśmy obie ledwie żywe, zapakowałyśmy się do łóżka na przytulanki i mleko, a wieczorem okazało się, że dziecko ma 39 stopni. Który to stan radośnie przeoczyłam, dopiero Cain się zorientował, że jakaś ciepła ta głowa. Nic to, zaaplikowaliśmy paracetamol i spadło do 38. 38 uważam za temperaturę w sam raz do wybijania francy, więc dalej zostawiliśmy sprawę własnemu biegowi.

Który był taki, że podczas kąpieli, pod czujnym okiem obojga rodziców, Licho fiknęło w wannie i nagle znalazło się głową pod wodą. Natychmiast weszliśmy sobie pod nogi w ciasnej łazience, dodatkowo wyposażonej w dziecięcy podest do mycia rąk, ustawiony pod umywalką, czyli na środku. W efekcie ojciec wyciągnął tonące dziecko za nogę. Noga na szczęście cała, płacz krótki, ojciec nadwyrężył sobie ramię.

Obecnie młoda śpi, choć sapie przez nos tak, że słyszę ją w drugim pokoju. Może przeziębienie, a może nadmiar waniennej wody w nosie. Katar będzie o tyle uciążliwy, że między innymi oddałam dziś nawilżacz do serwisu, a metody zastępcze typu mokry ręcznik są, powiedzmy sobie szczerze, gówno warte.

Wspomniane listy prawie odfajkowałam, przydałoby się jeszcze tylko kilka świec (dla klimatu) i bezalkoholowe wino, którym zamierzam uczcić potomka. No i mam jeszcze jeden sprzęt do serwisu, ale tego to już za diabły sama nie zawlokę, do wózka nie wejdzie. A teraz udam się do wanny, bo po tych maleńkich sprawunkach dziś ledwie chodzę :/

Razem

Przystajemy przed reklamą banku.
– Zobacz, wielbłądy.
Licho ogląda. Wielbłądy są trzy.
– Mama, tata i dziećko. Są jazem! Jazem, wieś, mamo?

Wychodzę na parę godzin. Gdy wracam, na szyję rzuca mi się zapłakany golasek.
– Mamo! Jeteś!
Przytulam chwilę i próbuję negocjować zdjęcie butów.
– Nie – mamrocze mi w szyję – ja chcę tulać.

– Nie cę spodnie, nie cę na dwój!
– A co chcesz?
– Mama, tata, Lila w domu!

– A może zostaniesz u dziadków, a mama i tata pojadą do domu? – rzuca teść beztrosko.
Kwadrans uspokajamy przerażone dziecko, tłumacząc, że dziadek mówił na niby. Jeszcze mnie trzęsie na samo wspomnienie.