W oczekiwaniu na brata

Czy mówiłam, że moja kompetentna córka z czasem sama w sobie rozwikła kwestię drugiego dziecka? Mówiłam. Przez ostatnich kilka dni Licho udowodniło, że miałam rację.

– O! Co to jeś?
– Gdzie?
– O tu, tu tu! – stukając mnie w brzuch.
– Jeremi się poruszył? Poczułaś?
– Kak. Chcę moja bjat tulić! – i przytuliła się do brzucha <3

– A może chcesz pić z drugiej piersi?
– Nie. To jeś la Jejemiego. [Szok :)]

I tak to leci, bardzo jestem ciekawa, jak będziemy sobie radzić po urodzeniu Młodego. Na razie jest coraz fajniej, Licho deklaruje, że czeka na Jejemiego i chciałaby, żeby już był z nami. Raz na jakiś czas czytamy książkę „Kubuś czeka na braciszka”. Pokazuję jej zdjęcia z czasów, gdy ona sama była jeszcze w brzuchu i gdy była malutka. Pilnuję też, żeby nie nawijać bez przerwy o braciszku, a jeśli akurat o nim rozmawiamy, to żeby te rozmowy nie były zbyt długie – zwykle po krótkim czasie zaczynam mówić o niej, dzięki czemu, mam nadzieję, czuje, że nadal ma naszą uwagę.

Żeby te plusy nie przesłoniły nam, prawda, minusów – ostatnio kochane nasze dziecko nie kładzie się spać przed 22, a nawet bliżej 23. Starego czasu. W związku z tym czas dla rodziców praktycznie przestał istnieć – dokładnie w momencie, gdy chcielibyśmy przenieść nieco ciężar relacji na nas jako małżeństwo, miast nieustannie orbitować wokół małej. Praktycznie nie jest to jakaś rewolucyjna zmiana, ot, chcielibyśmy inaczej to sobie poustawiać w głowach. Żebyśmy, gdyby ktoś nam kazał narysować rodzinę na kartce, nie naszkicowali małego człowieka pośrodku i dwóch dużych na przeciwnych końcach ;)

Julia & more

Mam dla Was zacną historię, którą publikowałam już na Facebooku, ale gwoli kronikarskiego obowiązku wrzucam i tutaj.

Na placu zabaw poznaliśmy trzyletnią Julię. Julii spodobała się lalka Lili (ćwiczenie na dykcję) i zapragnęła się nią pobawić.
– Nie cie! – zawyło Licho.
Ale Julia, obyta już w świecie, zaproponowała fanty na wymianę. Najpierw przyniosła własne, niedokończone lody w rożku. Bardzo apetyczne.
– Nie cie! (A zazwyczaj Licho dałoby się pokroić za lody.)
– Chcesz moją Myszkę Miki?
– Nie cie! Moja lala!
Ok, Julia przyniosła cały plecaczek zabawek. Plecaczek śliczny, puchaty.
– Nie cie!

I gdy już myśleliśmy, że to koniec, rezolutna Julia przyprowadziła za rękę ładną panią z pobliskiej ławki.
– To moja mama. Chcesz?

(Mama zdębiała. Licho nie chciało. Julia się obraziła. „Ja bym brał”, mruknął mój mąż na boku.)

— Bonusy —

1.
Zczaiła, że słuchanie ma coś wspólnego z uszami, wobec czego teraz, gdy usłyszy na przykład srokę, mówi:
— O, oka! Uszisz? Ja uszę!

2.
Kain: – Teraz chciałbym zrobić sobie śniadanie, ok?
Lila, łaskawie: – Kak. Mozieś. Jeście ja, jeście ja! Gdzie jeś mój óż?

3.
Nasi cudowni sąsiedzi zaszaleli i przynieśli Lichu dary z IKEA. Licho obejrzało garnki, foremki do pieczenia, łopatki, wałek, łyżki, fartuch, po czym spytało:
– Gdzie jeś óż?
Fakt, bez noża nie ma gotowania ;)

4.
– Nie mamy! Taty!
JEZU. NARESZCIE. Choć jedna jaskółka wiosny nie czyni.

10256802_940523842627711_909634630081892187_n

Dobijcie mnie

Ostatnia noc była bardzo kiepska. Licho zaczęło się wiercić około północy i do siódmej rano na zmianę przysypiała, budziła się, zawisała na piersi i od nowa. O drugiej wstała i nie chciała już spać – Kain wstał z nią, ryczącą wniebogłosy „pokoju, pokoju” i bawili się w tym pokoju po ciemku, gdy ja drzemałam. Jakoś przed trzecią przyszli spać i zaczęło się od nowa. A trzeba dodać, że Licho, gdy przysypia, zaciska szczęki. A mnie w ciąży bardzo bolą piersi. Więc próbuję zabrać pierś, wtedy ona się budzi i prosi o jeszcze, zaczyna ładnie ssać, potem przysypia i zaciska szczęki i tak w kółko. Myślę, że spędziłam wczoraj w nocy jakieś sześć godzin takiej bolesnej zabawy. Nie zliczę, ile razy myślałam, że za kolejnym: „Chcę mjeko mamy!” zacznę wrzeszczeć.

(Tak, tak, wiem, mogę odstawić od piersi, mogę uciec do drugiego pokoju na kanapę i niech ojciec usypia, z pewnością to wszystko na dłuższą metę niezwykle pomoże, dziękuję.)

Rano wstała niewyspana – cóż za niespodzianka – i cały dzień był do kitu. Na zajęciach plastycznych płacz, każdy drobiazg urastał dzisiaj nam obu do rangi wielkiego problemu, nie mogłyśmy się ze sobą dogadać. Czułam, że ustępuję jej dla świętego spokoju, ale wbrew sobie. Po południu zdrzemnęłyśmy się, ale po drzemce zaczęło się znów. Awanturki, płacz, zero kompromisów, nie bierzemy jeńców. Gdy uwiesiła mi się na szyi, dusząc ramieniem, a piętami siniacząc mi uda, i wisiała tak zdecydowanie za długo, i nie pomagały tłumaczenia, prośby, oferty wzięcia na kolana, nic – tak się wkurzyłam, że jeszcze jestem wkurzona, a minęło pięć godzin. Bo mnie to bolało, bo trudno mi było oddychać, bo byłam i nadal jestem koszmarnie zmęczona, a dziecko w tym wieku i tym stanie nie potrafi zrozumieć moich granic. To jest cholernie trudne w byciu opiekunem.

Miałam ochotę wyjść i nie wracać. Na szczęście właśnie wtedy przyszedł mój mąż i zajął się Lichem, choć od razu zdenerwowało mnie, że z miejsca dał jej to, czego chciała (malowanie farbami, choć nie sprzątnęłyśmy jeszcze plasteliny). Zrezygnowałam z urodzin, na które byłam zaproszona – po takiej nocy i dniu nie czułam się na siłach poznawać ludzi. Chciałam skoczyć z kimś na kameralne ciasto, ale ostatecznie zaczęłam piec szarlotkę i zrobiła się z tego zabawa dla całej trójki, a nawet dla kota, który zlizywał mąkę spod stołu.

I wprawdzie szarlotka wyszła fantastyczna, a Lila wreszcie poszła spać, ale ja nadal jestem zła i mam dość. Między innymi dlatego, że chciałam, żebyśmy pojechali jutro na działkę, lecz nie mam siły nas do tego wyjazdu szykować (na Kaina nie ma co tu liczyć, bo to nie on chce jechać) ani też nie napawa mnie radością myśl o 90 minutach z Lilą w pekaesie.

Piję więc melisę, z nienawiścią myślę o kolejnej porcji bajzlu w kuchni i łazience i piszę tu po to, żeby pokazać, że i my mamy złe dni. Keep calm and mommy on.

1485102_939860119360750_9116302587768082845_n

Kakako, ziemniaki i sok

Licho weszło w etap nieufności wobec nowego jedzenia. Jak większość dwulatków je mniej rzeczy, wybiera głównie ziemniaki, makaron, „kakał”, czekoladę, naleśniki i banany. nie spędza nam to snu z powiek, z głodu raczej nie umrze, ziemniaki się gotuje łatwo, makaron lubimy, czekoladę racjonujemy.

Wczoraj pierwszy raz dostała serek waniliowy (słodzone świństwo, ale ostatecznie to już nie jest niemowlę, powoli zgadzam się na te wszystkie Puchatki, serki i inne cuda). Omal się nie udusiłam patrząc, jak próbuje odrobinę na czubku łyżeczki… A potem jeszcze odrobinę, w końcu mogło być smaczne tylko przez przypadek… I jeszcze ciut, żeby się upewnić. Zaraz potem nabrała tempa i wymiotła wszystko do czysta.

10378939_938056116207817_709768990017354031_n

No nie wiem, skosztuję jeszcze.