Bliskościowo, czyli bez napinki

Wiecie, co robiłam dziś po śniadaniu? Przez kwadrans przyglądałam się, jak moje dziecko rozsmarowuje twarożek po talerzu, stole, sobie i wszystkim, co znajdzie. Ugniatała go rękami, lepiła z niego kotlety, wyjadała palcami kawałki rzodkiewek, przekładała paciaję z jednego naczynia do drugiego, oblizywała sztućce. Pod koniec miała całe ręce i buzię białe, a w twarożku było pół stołu. Podłoga, o dziwo, ocalała.

Patrzyłam z przyjemnością. Obserwowałam, jak radzi sobie z kleistą konsystencją i jak stara się z niej coś stworzyć. Ani razu nie powiedziałam „nie baw się jedzeniem”, w ogóle zresztą nie gadałam, tylko śmiałam się chwilami. Tak samo jak wtedy, gdy umoczoną w mleku słomką rysuje obrazy na stole albo gdy układa obok talerza pawie (bardzo umowne) z makaronu.

Czy moje dziecko nigdy nie nauczy się, że jedzenie nie służy do zabawy? Cóż, nigdy nie kazałam jej jeść widelcem, a potrafi to robić i robi. Nigdy nie nakazywałam wycierać rozlanego picia, a sięga po papierowy ręcznik i wyciera. Uczy się przez obserwację. Z czasem zauważy, że rodzice nie rozwalają jedzenia po stole, tylko zjadają i idą robić inne rzeczy. Póki co jednak doświadczanie konsystencji serka i malowanie ptaków mlekiem jest dla niej ciekawsze, niż wstanie od stołu i mycie rąk.

Co prawda z tym myciem akurat też jest niezła frajda, bo pozyskała stołek, z którego sięga do umywalki. No, prawie sięga, musi się wysilić. Jest jej jednak wyraźnie wygodniej, niż na rękach, a samodzielne mycie sprawia jej ogromną satysfakcję. Licho uwielbia być samodzielne i myślę, że trochę w tym genów, a trochę tego, że jej do tej samodzielności nie popychamy na siłę, „zobacz, jak chłopczyk ładnie sam wyciera nos”. Dajemy jej przestrzeń, ale gdy tylko zechce, jesteśmy blisko, pomagamy, a gdy woli, także wyręczamy. Rzadko woli ;)

Nadto trenujemy odcienie znaczeniowe wyrazów: „chcieć”, „musieć” i „móc”. Czuję się jak na pierwszych lekcjach francuskiego w szkole, gdy również katowaliśmy te trzy czasowniki do upadłego. Dziś, zasypiając, przeturlała się i znalazła moje okulary.

– Prosię, mamo!
– Dziękuję.
– Tu!
– Nie, nie będę teraz zakładać.
– Musiś!
– Nie muszę.
– Nie musiś?
– Nie muszę.
– Nie musiś!
– Nie muszę.
– Nie chcieś?
– Nie chcę.
– Kak. – odpuściła wreszcie i przytuliła się z powrotem.

Uff.

Zajęcia plastyczne nadal fajne, dziś nie chciała z nich wyjść.

IMG_20140926_120609 IMG_20140926_112255 IMG_20140926_11522510171778_930802563599839_3228865171666903703_n

Kasztan

Wracając dziś do domu spotkałyśmy pana z dwoma psami. Właściwie z dwiema psami. Jedna psa nas zignorowała, druga za to podbiegła do Lili, żeby się witać. Licho miało akurat zajęte ręce, więc nie mogła pogłaskać, a zanim oddała mi swoje skarby, psa się znudziła i poszła buszować w trawie. Stoimy więc, patrzymy, gadamy z panem. Psa znalazła kasztan i zaczęła go międlić w pysku. Pomiędliła, pomiędliła, aż wreszcie pan jej zabrał, wyciągnął spomiędzy zębów i… wręczył Lichu :D Nie, nie wytarł po drodze.

I oto moja córka, która zasadniczo kasztany ma raczej w nosie (kamyki są fajniejsze), chwyciła skarb oburącz, przytuliła do piersi i oznajmiła czule: – Mój.

Mozie kak, mozie nie

1.
– Byłaś u babci i dziadka?
– Kak.
– I co tam było ciekawego?
– Ja!

– Co ci się najbardziej podobało?
– Mniam mniam! [#schabowyteściowej rządzi]

2.
– Może zjesz banana na kolację?
– Mozie nie chcię.

3.
– Mamo! Lila się dobrała do suchych chusteczek!
Lila (pokazując na nos) – Mam ka.

4.
– Mozie tędy – i poszła w przeciwną stronę, niż planowałam.
– Pa, pa – dodała jeszcze na odchodnym.

5.
– „Koki dwa, koki dwa
jeście usi, jeście mały”

6.
Babeczki u niani w piekarniku. Licho podskakuje przed piekarnikiem:
– Mozie już? Mozie już?!

Dzień pełen wrażeń

Licho uczestniczyło dziś w swoich pierwszych w życiu zajęciach zorganizowanych. Plastycznych, gdyż ostatnio mogłaby nie odkładać farb i kredek ani na moment. W grupie dzieci od 2 do 4 lat odnalazła się… cóż, wcale się nie odnalazła, bo w jej wieku inne dzieci to zazwyczaj intruzi, co tylko zabierają zabawki i zajmują JEJ plac zabaw. Idea robienia tego, co akurat każe pani, również jest memu dziecku obca.

Ale.

Bawiła się dobrze, nie przeszkadzała, nie płakała i deklaruje chęć uczęszczania. Zatem rozpoczynamy wdrażanie do życia w grupie, na razie raz w tygodniu.

Aha, na zajęciach były prawdziwe ślimaki! Naprzeciwko Lili siedziała dziewczynka, która z przeogromnym rozczuleniem powtarzała na swoim ślimakiem: „Jaaki on śliiczny, jaaki śliiczny!”

Dali farby!

Dali farby!

Zrealizowawszy się plastycznie Licho udało się do ZOO, także pierwszy raz w życiu. Było wszystko: łafafa, wieeelki oń, pkaki (zwłaszcza paw i kokoko!), był biś, ssss i abka – słowem, pełnia szczęścia. Spośród wszelkiej żywizny rzadkich i barwnych gatunków największe wrażenie zrobiły na niej łażące po krzaczorach koguty i pawie. Nie da się jednak powiedzieć, że prócz tego Licho się nudziło, o nie. W ciągu pierwszego kwadransa dostała endorfinowego kopa i jechała na nim bite cztery godziny, nim padła. Poważnie się obawiałam, że zachrypnie, bo jeszcze nigdy się tak dużo nie śmiała. Słowem, było fantastycznie, a dla nas – wzruszająco.

Po powrocie do domu strasznie się rozpłakała z żalu, że już nie jesteśmy u zwierząt.

A wyglądała w tym ZOO mniej więcej tak:

20140919_133015 20140919_133742-1 20140919_134908 20140919_140456

10603435_926403810706381_646288775023702176_n 10671350_926363810710381_3106382792755652399_n

Bazarek

Lubię ją zabierać na bazar i kupować to, co sama wybierze. Nie rzuca się na wszystko, co popadnie – wybiera to, na co naprawdę ma ochotę i zawsze to potem zjada, prędzej czy później. Latem najczęściej wybierała maliny lub borówki i dostawała je od razu, w wózku. Zdarzyło nam się opędzlować pół pudełka malin w drodze z drugiej strony ulicy do domu :)

W niedzielę wybłagała truskawki. Wiadomo, że są już drogie i niezbyt smaczne, ale tak prosiła, że kupiłam pół kilo, z czego połowę spałaszowała natychmiast po powrocie do domu. A dziś zaszalała i zaordynowała winogrona, banany i kukurydzę w kolbach. Winogron i kukurydzy już nie ma, a banany znikną szybko, spokojna głowa.

Bardzo mi się podoba to, że Lila potrafi zdecydować, co zje, i nie są to półminutowe kaprysy. Podoba mi się też, że potrafi dokonać wyboru. Ja, żeby daleko nie szukać, mam z tym poważne trudności i na widok straganu z owocami czuję ogromną pokusę, żeby kupić WSZYSTKO (a potem połowy nie zdążę zjeść i się psuje, wiadomo). Ale najbardziej podoba mi się, że nie muszę zgadywać, co kupić dziecku na podwieczorek i czy dziecko to łaskawie spożyje, czy nie spożyje. I tak mi się zdaje, że dla wielu osób to nie jest wcale oczywiste – pozwolić niespełna dwulatce decydować o zakupach. Może nawet jest dla niektórych kuriozalne. Tymczasem działa i sprawia nam obu ogromną frajdę!

Zawsze kończy się na jedzeniu

Lila z Tatą wymyślili zabawę: siedzimy w kręgu i ktoś z dorosłych pokazuje różne części ciała, swoje lub cudze, a Licho dopowiada, do kogo dana część należy.
Tak więc:
– Noga!
– Tati!
– Ręka?
– Moja!
– Ręka?
– Lali!
– Plecy?
– Mamy!
– Pierś?
– MJEKO!

Poza tym dziś nie dotarłyśmy od niani do domu, Już byłam w ogródku, już witałam się z domofonem, gdy moje dziecko zasugerowało delikatnie:
– Nie tu!
– Nie tu?
– Nie tu.
– A gdzie chcesz iść?
– Buju-buju, ziuu. – odparło Licho z psotnym uśmiechem („Wiem, że nie byłaś na to gotowa, ale a nuż się uda”).

No to poszłyśmy na plac zabaw, co mi szkodzi w sumie.

Nie przeszkodziło jej to pójść spać o skandalicznie późnej porze i po półtoragodzinnym usypianiu.

Nie wiem, czy obserwujecie profil na FB, spieszę więc donieść, że niekiedy wrzucam tam na szybko jakieś rzeczy, których nie wrzucam tu.