Dziecko w brzuchu

Licho oswaja temat ciąży coraz bardziej ciekawie i kreatywnie. Początkowo nie chciała o tym rozmawiać. Z czasem przyswoiła, że w brzuchu jest dziecko i nie wolno po nim skakać, ale widać było, że wydaje jej się to nieco dziwaczne. Kiedy jako-tako przywykła, pewnego dnia dziecko poruszyło się pod jej ręką i to już było naprawdę zbyt creepy. Odskoczyła, przestraszona, i długo ją uspokajałam.

Stopniowo coraz częściej dotyka mojego brzucha i pyta:
– Śpi? Bawi?
Po czym sama sobie odpowiada, że śpi (wiadomo, tak bezpieczniej). Czasem głaszcze brzuch, choć nie lubi przedłużać tematu. Dziś, gdy Jeremi mocno się rozpychał i zaczęłam sama gładzić się po brzuchu, Licho poczuło się zazdrosne i przybiegło na mleko.

Robi też inne ciekawe rzeczy: pokazuje na swój brzuszek i opowiada, że ona też ma tam dziecko. Albo bierze lalkę, przykłada ją sobie do brzucha, a potem „rodzi” i „karmi piersią” (tak, zrobiłam jej króciutki wykład z demonstracją na przykładzie pluszowej krówki z młodym oraz lalki). Dziś wieczorem, po rozmowie na temat brata i zademonstrowaniu własnego brzuszka, wlazła na mnie, przykryła się kołdrą i oznajmiła, że teraz ona jest dzieckiem w brzuchu. Obmacywaliśmy więc kołdrę z wielkim zainteresowaniem badając, gdzie jest głowa, a gdzie nogi i czy Lila w środku kopie, czy może śpi.

Widzę, że robi, co może, żeby się oswoić z tą całą historią. Nie jest jej łatwo, bo jednocześnie weszła w bardzo silny etap „to moje” i sama myśl o dzieleniu się mamą musi być ciężka. Ale ogrywa to na mnóstwo sposobów i jestem pewna, że z naszą pomocą dobrze sobie poradzi, moja dzielna, mądra córeczka.

Bunt

Czy muszę wspominać, że odkąd wyszorowałam moniaki, świnka przestała być obiektem zainteresowania?

Obecnie sen z powiek spędza nam poranne ubieranie. Licho uznało bowiem, że w sumie nie ma żadnego interesu w chodzeniu do niani, skoro może zostać z mamą. Chyba byłam za mało nudna, albo człowiek ma jakiś kolejny etap zwiększonego zapotrzebowania na tulanie. Jeśli do tego dodać, że ubrania są niemiłe dla wiecznie wrażliwej skóry, a zabawę trudno jest przerwać dla takiego drobiazgu, jak włożenie sukienki przez głowę, mamy całkiem spory problem, zajmujący nam we wszystkie „nianiowe” poranki czas od 7 do 8.30 rano. Nie jest lekko.

Generalnie mamy w domu to, co popularnie określa się buntem dwulatka (choć nie lubię tej nazwy, bo sugeruje złą wolę dziecka). No, może początki buntu, bo mam świadomość, że jeszcze da nam czadu. Bije się ta moja córka ze światem jak… cóż, jak moja córka. Coraz większe zapędy do samodzielności i samostanowienia zderzają się z ograniczeniami ze strony podłej rzeczywistości, a często i z naszej, rodziców, strony. W praktyce przekłada się to na liszkowe bardzo, bardzo częste „NIE” i sporo płaczu. Staramy się rozumieć i wspierać, ale umówmy się, że wszyscy nieco cierpią, z kotami włącznie.

Córko, a może... - Nie. Buju.

Córko, a może…
– Nie. Buju.

Bardzo fajnie jest za to obserwować, jak Licho uczy się mówić. Ogromnie lubię ten wiek, gdy z małym człowiekiem można się już dogadać. Jasne, że to wciąż jest ten etap, gdy ktoś obcy niewiele zrozumie, ale my rozumiemy i z rozczuleniem słuchamy pięciozdaniowej opowieści o kajetce, która się fowała i nie mogę pacieć. Dobrze jest także móc wystosować do dziecka dłuższy komunikat i wiedzieć, że zrozumie. Chyba wchodzimy w etap, na którym zaczyna się zapisywać złote zgłoski płynące z ust pacholęcia*, nim się w pełni pojmie, że prawdziwym złotem jest jednak jego milczenie.

*) BTW odkryłam niedawno, że staroświecki zwrot „biegać z koszulą w zębach” nie wziął się znikąd, otóż Licho łapie skraj noszonej na sobie tuniki w zęby i tak chodzi.

Pranie pieniędzy

Dawno, dawno temu, za górami, za lasami, za siedmioma dolinami, pozwoliliśmy dziecku pobawić się świnką-skarbonką.

Obecnie sytuacja wygląda tak, że świnka śpi z nami, owinięta w malutką kołderkę, a rano Licho tuli ją z rozczuleniem, mówiąc: „Mój ka!” (trend na ostatnią sylabę trwa; to zadziwiające, ile rzeczy na świecie kończy się na -ka i jak trudno czasem zgadnąć, o którą z nich chodzi). Drobniaki są WSZĘDZIE: brzęczą w łóżku, wpadają pod nogi w przedpokoju, udają jedzenie dla zabawek i nie wiem, co jeszcze.

Toteż dziś wieczorem zajęłam się praniem brudnych pieniędzy. Wzięłam wszystkie moniaki i razem ze świnką wrzuciłam do wody z mydłem. Wyszorowałam, wytarłam, popodziwiałam chwilę, jak pięknie błyszczą i zwróciłam skarbonce.

Przy okazji wyciągnęłam z niej grubsze, czyli cztery złote w trzech monetach. Byłoby szkoda, gdyby taka kasa zginęła, nie?

Notka fekaliana

Każda matka musi choć raz opowiedzieć historię o kupie. Sorry. Teraz możecie zamknąć stronę.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
Już? Zostali sami nieobrzydliwi?

Otóż uczymy Licho korzystać z nocnika. Właściwie nie tyle uczymy, co nocnik sobie stoi, młoda często lata gołkiem i różne rzeczy z tego wynikają. Najczęściej mają postać kałuży na dywanie. Dwa razy dotąd zdarzył się sukces i drugi raz był dziś, gdy przynaglone potrzebą Licho zasiadło na ulubionym meblu, a ja je chytrze przytrzymałam książeczką o gąsienicy. Ledwo gąsienica zjadła dwie gruszki we wtorek, a już młoda zerwała się z nocnika, ledwie rzuciła okiem do środka i błyskawicznie zwiała w drugi koniec pokoju.

Na propozycję oglądania, jak wyrzucam zawartość do WC, wymamrotała niewyraźnie: „Nie mogę.”.

No, ja cię, córko, rozumiem. Szkoda, że sama nie mogę zwiać ;)

Rozstanie ze smokiem – nareszcie!

Okazuje się, że sama sobie nie umiem udzielić najprostszej porady laktacyjnej, która brzmi: „odstawić smoczek”. I, jak widać, sprawdza się w każdym wieku. Mocne ograniczenie smoka doskonale zrobiło młodej na chęć picia mleka od mamy, a zaczęłyśmy je bezboleśnie, bo na działce. Na działce jest tyle atrakcji, że nie ma czasu myśleć o smoczku, póki się całkiem nie pada na pyszczek, a wtedy mama wystarczy.

W efekcie Licho w tydzień przeszło od nieustannego biegania ze smokiem w paszczy do używania okazjonalnego, kilka razy w tygodniu. Kiedy bardzo, bardzo prosi, proponujemy jej najpierw pierś lub gryzak (gryzak bardzo pomaga). Używa jeszcze smoczka do drzemki u Siostry, przydał się też, gdy musiałam nocą pojechać awaryjnie do szpitala (na szczęście tylko zbadali i wypuścili).

Jedyne, co mnie trochę niepokoi, to że co najmniej jeden smok wala się gdzieś po domu i nie wiemy, gdzie. Pewnie Licho go kiedyś znajdzie.

O karmieniu w ciąży

Jasne, że dwóch kolejnych ginekologów kazało mi natychmiast odstawić Lilę od piersi. Przy drugim byłam już po kursie i wiedziałam swoje, czyli że spokojnie można karmić, o ile nie ma się przedwczesnych skurczy. No i karmiłam jak przedtem, aż młoda powoli zaczęła się jakby odstawiać. Zbiegło się to w czasie z początkiem drugiego trymestru, gdy mleko zaczyna zmieniać smak, ponieważ powoli dostosowuje się do potrzeb noworodka. Stopniowo zeszłyśmy do jednego, porządnego karmienia na dobę (najczęściej nad ranem, w półśnie) – poza tym Licho owszem, pociamka chwilkę, ale zanim dobrze zassie, mówi: „Juś” i idzie sobie. Czasem też mówi, że „Nie ma ko”. To ostatnie mnie zaniepokoiło – halo, jak to nie ma mleka?

Nim jednak zrobiłam dramę albo zaczęłam szaleć z laktatorem, zadzwoniłam do Eli, która ma za sobą karmienie w ciąży, a obecnie karmi dwie baby.Okazało się, że miała to samo – kilka tygodni pozornego braku pożywki dla potwora, który to potwór jednak nie ustawał w wysiłkach. Toteż przestałam się martwić. Jest to mleko czy nie ma, nie wiem, ale problem wydaje się przejściowy. Alleluja.