Zaklinaczka zwierząt

Palnęła dziś mowę psom mojej Mamy. Nikt z ludzi nie zrozumiał ani słowa, natomiast psy, do tej pory usiłujące na nas wleźć i odporne na wszelkie prośby i groźby – wysłuchały i grzecznie usiadły pod stołem. Nie powiem, uprasowało mnie to na gładko.

Poza tym Licho jest wzorową wnuczką: u jednej babci wcinała bigos, aż nie nadążaliśmy jej dokładać, u drugiej wtrąbiła porcję żurku i wołała: „Jeście! Am!” Nadal intensywnie poszerza wokabularz, przy czym nie odbywa się to na zasadzie powtarzania słów, tylko całkiem spontanicznie:
– Aa, wodu! – gdy wrzuciła piłkę do psiej miski z wodą.
– Bajdzo! – gdy zapytano, czy obiad był dobry.
– Jeście! – Co jeszcze? – Je-ście ko-ku! – gdy zapragnęła soku pomarańczowego.

Dużo powtarza po starszych dzieciach. Gdy po pracy odbieram ją od Siostry, czasem nie rozróżniam, które dziecko gada w kuchni: Lila czy Kostek. Oczywiście on mówi znacznie, znacznie więcej, trzy lata zobowiązują, ale głosy mają dość podobne, jeszcze dziecinne, i artykulację czasem też.

Delikatnie zaczynam podejmować z Lichem rozmowę o młodszym rodzeństwie, ale natychmiast zmienia temat ;)

Do pogadania

Otwieram jedno oko. Uchylam raczej. Niechętnie.

– Wśtajeś? – pyta moje do niedawna nie-mowlę i ponagla: – Mamoo!

Zanim zwlokę swoje zwłoki i dotrę do kuchni, zdążę usłyszeć:

– Jeść! Idzieś? Dać! Mamoo! Juś?

Spotykamy kota, którego moje dziecko wskazuje palcem i pyta: – Jeść?

No jeść, co będziemy kotu żałować. Licho galopuje pod lodówkę i odstawia indiańskie tańce z wrzaskiem, a wokół niej to samo robią oba koty, kiedy wyjmuję i podaję jej kolejno dwie otwarte saszetki z kocim żarciem. Licho kocha karmić zwierzątka: pieczołowicie wsypuje do miski całe jedzenie, trzy razy sprawdza, czy w saszetce nic nie zostało. „Juś” – niesie miskę kotom. „Jeść” – zachęca. „Bam” – wyrzuca opakowania do kosza.

Robimy jedzenie. „Lila teś!” Siadamy do stołu i dostaję pełną łyżkę pod nos: „Cieś? Mamo?” Zjadła – „Juś”, „Zejść”, „idę idę”. Albo bawi się: „Dzie jeś Lila? Jeeeś!” Na ulicy pokazuje małego psa i mówi: „Kok.” Tłumaczę, że to nie nie kot, tylko mały pies. „Pies” – trenuje Licho. Proponuję wózek – nie, „tup tup!” W windzie czeka, aż wyświetli się nasze piętro: „Sieeeść!” Podając coś, mówi „posie”. Ciągnie mnie do łóżka: „śpać”. Kładziemy się.

– Mamuuś!

– Słucham. Co chcesz? Mleko? Powiedz „mleko”.

-DAĆ.