Pracuję, żeby pracować

Szósta trzydzieści rano. Moja córka od godziny wierci się, jak zwykle rano pijąc mleko, przytulając się na trzydzieści sposobów i znowu pijąc. Mniej więcej od piątej przez sen słyszę: „AAMM”, przy czym nie jest to bynajmniej delikatny, dziecięcy głosik, ale raczej coś w rodzaju ryku lwa. Małego, ale jednak. „AAMM” jest efektem lichowego przebywania z trzylatkiem i nad ranem potrafi nieźle zirytować. Ale nic to, w półśnie karmię, tulę i okrywam skopaną kołderką, bo Licho ostatnio odmawia zakładania piżamki, a ja nie nalegam – sama nie lubię, więc co będę dziecko zmuszać. O szóstej trzydzieści jednak młoda dochodzi do wniosku, że się wyspała, wstaje i idzie sobie. Bezlitośnie budzę męża i wykopuję za nią, a sama odwracam się na drugi bok, żeby dospać jeszcze pół godziny.

Od siódmej trochę gonitwa, żeby nakarmić, ubrać (radosne uciekanie, zdejmowanie ciuchów, ale za to zakładanie butów, można rzec: goło, ale w ostrogach), zagonić do wózka („NIEEE!”) i odstawić do Siostry, a po tym wszystkim zdążyć do pracy. Czasem odstawiamy oboje, czasem Kain, czasem (rzadko) ja sama. Ja mam większe ciśnienie, żeby w pracy być na czas, gdyż muszę również na czas wyjść i odebrać Licho. Nie zawsze się udaje i wtedy łapie mnie straszny stres. Uczę się jednak powoli, że dziecko sobie poradzi, bez tego mleka też jakoś przeżyje (prawie 15 miesięcy, jakby nie patrzeć), a nawet z czasem odważyłam się zaplanować sobie popołudniowe zajęcia sportowe. Zazwyczaj raz w tygodniu, ale zawsze.

Tym, co mi psuje nieco przyjemność z powrotu do pracy – wypuszczenia z klatki, wyzwań wykraczających poza zbudowanie wysokiej wieży z klocków, przygotowanie posiłku i NIE ZWARIOWANIE – jest dobitna świadomość, że zarabiam akurat na nianię, panią do sprzątania i moją połowę lokaty dla dziecka. O ile niania, w sensie moja święta Siostra, nie ma nadgodzin. A ma, bo a to deadline, a to mamy fanaberię wybrać się gdzieś przy sobocie (zbędny luksus, wiem, ale za to pod pozorem pielęgnowania związku).

Czemu w takim razie wróciłam do pracy? Raz – żeby nie wypaść z rynku. A dwa, i to jest mocne dwa, ponieważ ją lubię, a w domu już wariowałam. I zaprawdę powiadam Wam, wypoczywam za tym biurkiem, mimo że pracy jest bardzo dużo. Deadline’y za dnia są jednak znacznie bardziej przyjazne, niż deadline’y nocą, a niebieski poblask monitora koi zmysły, nadwyrężone gaworzeniem maleństwa i piosenkami z Pana Kleksa. Każdy, kto myśli, że praca w biurze jest cięższa od pracy gospodyni domowej i mamy, powinien obowiązkowo spędzić miesiąc w domu sam na sam z przynajmniej jednym małym dzieckiem. Na własne więc życzenie chodzę do biura po to, by oddawać całą pensję osobom, które robią za mnie rzeczy, których ja nie mogę zrobić, ponieważ chodzę do biura.

I jakoś się to kręci.

Three days

Ledwo zagoiły się krosty po wysypce bostońskiej, Licho złapało trzydniówkę. Absolutna klasyka: trzy dni gorączki takiej, że jak wreszcie zobaczyłam na termometrze 38,5 to niemal uznałam ją za zdrową („E, taka tam temperatura!”), biegunka, paracetamol zbijał gorączkę o szalone pół stopnia, a po trzech dniach wszystko przeszło, za to dziecko całe obsypane. Kto wymyślił te gładkolice dzieci w reklamach, chciałabym wiedzieć. Zaczyna się od trądziku niemowlęcego, potem ciemieniucha, potówki, kolejne choroby wieku dziecięcego plus zwykła u małych nadwrażliwość na proszki do prania i glutaminian sodu, a ledwo z tego wszystkiego wyrosną, łapią trądzik młodzieńczy (który, dodajmy, NIEKTÓRZY zwalczają jeszcze po trzydziestce).

Oczywiście gorączkę konsekwentnie zwalałam na zęby i nawet się nie zwolniłam z pracy, zła matka. No bo co, przy każdym zębie będę się zwalniać? Nie da rady. Co gorsza, doszłam do wniosku, że nie mogę żyć bez sportu i od przyszłego tygodnia wracam do ćwiczeń dwa razy w tygodniu. Co oznacza, że po pracy, zamiast z wyciągniętym cycem wracać do dzieciątka mego stęsknionego, będę sobie szła a to na pilates, a to na jogę. Jeszcze nie zaczęłam, a już mam wyrzuty sumienia. Mam jednak nadzieję, że da sobie radę. Tata będzie ją odbierał od Siostry zaledwie godzinę później, a ja niedługo potem wrócę i oddam Lichu co lichowe. A jeśli się okaże, że to nie za bardzo działa, to przestanę chodzić.

Ale będzie dobrze, co?