Ja!

Kilka godzin dziennie w towarzystwie trójki dzieci zaowocowało tym, że Licho nauczyło się domagać swego. Znaczy nie, żeby przedtem nie umiała, obecnie jednak zamiast: „am!” występuje niekiedy wersja rozszerzona:

– Am! To! Ja! – poparta uderzaniem się łapką w pierś, że ona, ONA zamierza spożyć produkt, a nie ktoś inny, nie daj Boże.

Poza tym polubiła jajka, dotąd w ogóle nie uważane za produkt jadalny (ani chybi stało się to pod wpływem konkurencji do talerza) oraz nauczyła się wspinać na palce. Wspięta na palce sięga na stół, blaty kuchenne, pralkę, biurko i blat swojego krzesełka, tak więc nic już nie jest bezpieczne.

Mama wraca do pracy

Z okazji mojego powrotu do robo Licho było łaskawe zafundować sobie bostonkę. To zapewne moja wina, gdyż podczas sylwestrowej wizyty w Krakowie pierwszy raz wpuściłam ją do sali zabaw. Basen z kulkami („bamm!”) wymiata, ale do czasu, gdyż po trzech dniach gorączka, wysypka i w ogóle niezła impreza. Ofkors miałam w torbie żel do mycia rąk i ofkors nie użyłam go po wyjściu z tej sali, bardzo mądrze, bardzo.

Wyjazd w ogóle bardzo dobrze, podróż pociągiem całkiem spoko, fajerwerki się dziecku podobały, tylko imprezę uznała za beznadziejny pomysł. Nie dziwię się jej wcale, było nieco głośniej, niż się spodziewałam, a ludzie koniecznie chcieli ją macać jak małego kotka. Obroniłam. W takich chwilach załącza mi się lwica-matka.

No, a po powrocie, w bostońskich okolicznościach przyrody i z zapaleniem własnego ucha w bonusie udałam się do fabryki. Nieszczęśliwe dziecko złej, nadambitnej, egoistycznej matki, chore i malutkie, samo na świecie i te sprawy, co dzień rano podrzucane jest jak niechciana paczka do niani, czyli mojej Siostry. Od progu zapomina o bożym świecie i nawet nie mówi rodzicom „pa, pa”, a po południu wprawdzie następuje radosne „Mam!”, przytulas i mleko, ale, podjadłszy, dziecko odmawia powrotu do domu. I kto tu powinien być nieszczęśliwy, ja się pytam?