Łazik

Zajmowałam się w życiu różnymi dziećmi i zazwyczaj one nieco później, niż Lila, uczyły się chodzić. A z tym chodzeniem jest tak, że dziecko chce i może powędrować w swoją stronę – nawet, jeśli musi trzymać się mojej ręki, to ciągnie mnie, krzyczy, siłuje się: „tu!”, „tam!” – a skoro może i chce, to naturalnie to robi. Ponieważ jednak ma dopiero 11 miesięcy, to nie bardzo da się z nią dogadać w sprawie, że może jednak nie tu, tylko tam i że na przykład jak założysz teraz spodnie, to potem będzie spacer i fajnie będzie.

Oczywiście dziecko w tym wieku już dużo rozumie i ogarnia wiele związków przyczynowo skutkowych, włącznie ze związkiem ubranie-spacer. Niestety nie sprawia to jeszcze, żeby zrobiło rzecz niechcianą, która prowadzi do chcianej. W ten sposób ostatnio z listy rzeczy wykonalnych bez użycia siły odpadło nam ubieranie, sadzanie w krzesełku do jedzenia, kładzenie do łóżka, a nawet mycie rąk, bo dziś Licho nie dawało się posadzić na umywalce, zamiast tego wspinało mi się na głowę i tuliło (winię zęby).

Siłą się brzydzę, więc calutkie dnie biegam po domu ciągnięta za rękę lub noszę delikwentkę na biodrze i tulam. Moja mama na mnie krzyczy, że dziecko musi wiedzieć, iż matka ma swoje potrzeby i coś do zrobienia. No wie, wie, tylko ona swoje też ma i zgadnijcie, czy zechce je odłożyć?

Nie jest całkiem tak, że moje dziecko nie umie czekać. Umie. Poczeka nawet i kwadrans na jedzenie, mleko, kąpiel. Ale ten kwadrans to dla niej już bardzo długo, i z takich wyrwanych kwadransów składa się mój dzień.Toteż narzekam, zmęczona zgiętym wpół kręgosłupem, i czekam, aż zacznie trochę chodzić sama, bez tej mojej ręki, i aż lęk separacyjny minie.

Tymczasem tłumaczę sobie, że po to właśnie wzięłam urlop wychowawczy, żeby tak biegać z tą ręką. I obserwuję, patrzę, słucham. Jak rozlewa wodę z kubeczka na podłogę po to, żeby potem pławić się w niej i ćwiczyć ślizganie, cała szczęśliwa. Jak upuszcza smoczek przez szczebelki łóżka, nie może go dosięgnąć i wzdycha: „Och well…” identycznie, jak jej tata. Jak odkrywa, że „włosy” i „nos” to podobne słowa i śmieje się z tego. Jak, zasypiając, oburącz trzyma swoją niesforną nogę, która chce biegać.

Za miesiąc urodziny. Kurczę, kiedy to się stało?

Marchewka

Idziemy sobie przez Tesco, wybieram warzywa, serki, coś tam, aż nagle, w kolejce po boczek, orientuję się, że moje dziecko w wózku trzyma w łapie wielką marchew i ją obgryza.

Nie wiem, jak to zrobiła, obok marchewek przechodziłam, ale na pewno się nie zatrzymywałam. Rozważałam podrzucenie tej zdobyczy z powrotem do kosza, ale jej stan jakby wykluczał zwrot. Kupiłam więc – dobrze, że nie trufle, nie?

Białe śpiochy

Wzięliśmy dziś Lilę na spacer w nosidełku, bo w planach była drzemka. Do nosidła zakładamy jej półśpiochy, ponieważ nie wystaje z nich goła łyda, i automatycznie rezygnujemy wówczas z butów. Tymczasem Licho obudziło się w połowie spaceru i zażądało wypuszczenia. Stawiliśmy opór – bo błoto, kałuże, zimno, a ona nawet nie boso, ale, co gorsza, w białych śpiochach. Na zmianę więc nieśliśmy ją w tym nosidle i na rękach, a ona prężyła się, płakała i bardzo chciała iść sama (to znaczy za rękę, ale na własnych nogach).

I po dobrych dziesięciu minutach takiej awantury nagle pomyślałam, że właściwie w czym problem? W brudnych śpiochach, jakich mamy tylko dwie pary i pewnie już nigdy nie spiorę tego błota, OK. Ale na drugiej szali jest jej ogromna potrzeba rozwoju, niezależności, ruchu, poznawania świata. Teraz, tu, na tym mokrym asfalcie, w październiku. A ja szarpię się i walczę z moją chcącą eksplorować świat córką w imię pary śpiochów, choćby i bezpowrotnie zniszczonych? I doszłam do wniosku, że argument „bo nie masz butów” nie przemawia nie tylko do mojej dziesięciomiesięcznej córki, ale i do mnie samej. Potem okazało się zresztą, że mój mąż przeszedł w tym czasie mniej więcej tę samą drogę rozumowania.

W końcu więc pozwoliliśmy Lichu łazić w białych śpiochach po błocie i kałużach. Była absolutnie uszczęśliwiona! Dotykała słupów i drzew, wspięła się na kamień, kucała na chodniku, żeby oglądać listki, spotkała z bliska dwa małe psy („bau! bauu!”), a jeden dał się nawet pogłaskać po uchu. Cieszyła się każdą chwilą spaceru, a my razem z nią.

I tak sobie myślę, że przede mną jeszcze wiele chwil, gdy będzie trzeba zweryfikować swoje, wpojone dawno temu: „nie chodzi się bez butów po błocie”, żeby nie było niepotrzebnej przemocy, szarpania, dźwigania na siłę, ciągnięcia „idziemy”, wciskania siłą na głowę niechcianej czapki. Bo moja córka nie jest głupia, gdy jej zimno w głowę, nosi czapkę. A gdy w stopy, to ucieka do kogoś na ręce. Nie zawsze muszę myśleć za nią i naprawdę nie zawsze jej to służy. Służy natomiast mojej wygodzie – a tu wcale nie o to chodzi.

Wychodne

Wychodne wygląda tak, że wybiega się z domu radośnie, na luzie i z wielkimi nadziejami, a po trzech godzinach w panice, ekspresowo wraca się do lazaretu (1 szt. z zatruciem pokarmowym i 1 szt. z płaczem).

Jedno padło samo, drugie położyłam spać niedługo potem, a następnie pomyślałam, że jednak co sobie posiedziałam w knajpach bez niemowlęcia, to moje. A wyrzuty sumienia, że byłam poza zasięgiem, gdy chory facet usiłował ogarniać dziecko i nie paść na twarz, spycham pod dywan i przyrzucam zabawkami. Matce też się należy.

Miau

Po dziesięciu miesiącach nastała wielka miłość dzieciokocia. Wbrew moim oczekiwaniom to nie Duch pozwala się tarmosić, lecz Plamka. Duszek, owszem, wiernie przybiega zawsze, gdy Licho się rozpłacze i Patrzy Karcąco na nas, że krzywdzimy.

Kota natomiast śpi z małą – już nie w nogach, ale mrucząc jej na głowie, szczególnie, gdy Licho niespokojnie śpi – a młoda przypełza do niej we śnie i wtula buzię w kocie futro. Gdy wracamy ze spaceru, Plamka pierwsza wybiega do przedpokoju i wita się najpierw z dzieckiem. Licho szarpie ją za futro i łapie za ogon, a ona chyba czasem się odwinie, bo widuję ślady pazurów na lichowych łapkach, ale nigdy nie byłam świadkiem ani nie słyszałam słowa skargi. Jakoś sobie wypracowały zasady i na przykład gdy Plamka odwraca się brzuchem do góry, Lila omija ją szerokim łukiem, bo już wie, że to jest pozycja: „no chodź, daj mi pretekst”.

Nauczyły się też bawić w berka i słowo daję, nigdy nie widziałam, żeby kot tak wolno uciekał!