O granicach

Prawie codziennie, czasem kilka razy, ktoś obcy podchodzi do nas i dotyka Lili. Najczęściej łapie ją za stópki, niekiedy dodatkowo nimi potrząsa. Gdy mam ją na rękach, obcy ludzie łapią ją także za dłonie (i potrząsają). Łapanie towarzyszy komplementom w stylu: „ojej, jakie nóżki gołe, słodkie! jaka ona śliczna!”.

Oczywiście jest mi bardzo miło, kiedy ktoś chwali moje dziecko (choć Lila miewa nieco znudzoną minę, gdy kolejna osoba oczekuje od niej uśmiechu w zamian za szczebiotanie). Oczywiście sama uważam, że jej bose nóżki są słodkie i sama bardzo lubię ich dotykać. Ale ja jestem jej mamą, a nie kompletnie obcą osobą na ulicy. Ciekawe, jak taka pani (bo najczęściej są to panie) czułaby się, gdyby obcy ludzie dotykali jej bez jej zgody? Zdaje się, że w odniesieniu do dorosłych nazywa się to molestowaniem, albo co najmniej przekroczeniem granicy intymności. Skąd więc społeczne przyzwolenie na dotykanie niemowlęcia, które nie może uciec? Przyzwolenie, które sprawia, że nawet ja, mama tego niemowlęcia, nie umiem tym obcym osobom powiedzieć: „Proszę zabrać rękę”? Zresztą to się zazwyczaj dzieje bardzo szybko. Córka czasem zdąży cofnąć stopę, ja raczej nie zdążam się odsunąć. Czy aby nie macano mojego dziecka, mam się prewencyjnie trzymać w odległości metra od wszystkich nieznajomych ludzi (średnio wykonalne na chodniku, w sklepie, w autobusie)?

Obcy lub nie zaprzyjaźnieni z moją córką ludzie chętnie proponują także, że „mogą mi chwilę ją potrzymać”. Na przykład pani w publicznej toalecie, gdzie weszłam podczas wakacji, zdziwiła się, że najpierw przewinęłam Lilę, potem wyniosłam ją na dwór, oddałam tacie, a następnie wróciłam skorzystać z łazienki – co oznaczało, że musiałam dwa razy płacić za wstęp. No przecież ta pani mogła ją potrzymać. Otóż nie, dziecko nie jest przedmiotem, który można dać do potrzymania obcej osobie. Podobnie z ludźmi, których ja znam i lubię, ale Lila nie jest z nimi zżyta – często oczywiste jest dla nich, że mogą wziąć ją na ręce. Tymczasem trzymanie na rękach to jest bardzo bliski kontakt fizyczny i nie każde dziecko życzy sobie być w takim bliskim kontakcie z kimś, kogo dobrze nie zna, nie wspominając o zupełnie obcych. Chcielibyście, żeby nieznajomi ludzie przytulali Was bez Waszej zgody? Ja bym nie chciała.

Niemowlę jest takim samym człowiekiem jak dorosły i ma takie samo prawo do respektowania jego granic. Może nawet większe, ponieważ nie jest w stanie się obronić ani jasno wyrazić swojego zdania – należy mu się więc większa uważność. To my, dorośli, powinniśmy upewnić się, że nie dotykamy go wbrew jego woli, jedynie dla własnej przyjemności. I o ile w domu dziecko ma szansę wyrywać się opiekunom, kiedy nie chce być podniesione (i często to robi), o tyle znienacka złapane za kończynę naprawdę niewiele może zrobić. A zdarzyło nam się na przykład, że za rączkę potrząsnęła pani, która przed sekundą wyszła z kabiny w toalecie. Brudnymi rękami po ubikacji na stacji benzynowej (byłyśmy w podróży), rękami, których nie umyła po skorzystaniu z toalety, złapała niemowlę za dłoń, potrząsnęła, zaszczebiotała i uciekła. Stałam osłupiała.

Nie jestem całkiem niewinna, też zdarzało mi się naruszać granice innego dziecka. Przyzwyczajona do obecności dzieci, potrafię odruchowo pogłaskać głowę znajomego malucha i dopiero, gdy się uchyli, zobaczyć swoją gafę i przepraszać. Ale nie łapię obcych dzieci za nogi i nie wyjmuję ich z ramion ich rodziców, jakby to była oczywista czynność. Rozumiem bowiem, że mogą sobie tego nie życzyć. Mogą bać się obcych, mieć lęki separacyjne lub zwyczajnie nie lubić spoufalania się z nieznajomym. Niektóre dzieci w ogóle nie lubią dotyku, inne, jak Lila, długo nawiązują relacje.

Jak reagować? Lubię ludzi, uważam świat za generalnie dobre i przyjazne miejsce i chcę pokazać dziecku, że ludzie są mili, a kontakty międzyludzkie – ważne. Nie chcę więc warczeć na każdego, kto zaczyna z nami rozmowę: „Proszę nie dotykać”. Ale nie chcę też, by każdy, kto z nami rozmawia, dotykał Lili jak jakiejś rzeczy. Co byście zrobili na moim miejscu?

Moja słodka dziew… auć!

Jeszcze wczoraj całowała, a dziś gryzie. Ciągle. Różnica tkwi być może w górnym zębie, który jest coraz większy. W każdym razie uczucia dziecko moje okazuje paszczą: miłość, złość, senność, głód i radość, wszystko jak leci kwitowane jest paszczą, lecącą nieuchronnie w moją stronę i zaciskającą mi się na dowolnej części ciała, lecz najchętniej na twarzy. Do tego ściska, wbija pazury i bije, pardon, klepie. Wszystko z emocji, zupełnie niewinnie, lecz boleśnie. I z ząbkowania, bo czwarty ząb jest jak dotąd najbardziej upierdliwy i biedne dziecko cały dzień zagryza własną rękę.

Mówię, że boli i nie gryź. Nie bardzo pomaga, zwłaszcza, że jeśli wymsknie mi się jakiś głośniejszy krzyk (ząb w moim policzku, auć), Licho jest zachwycone, że tak się fajnie bawię. Generalnie przypomina mi teraz trochę rozbawionego szczeniaka, który nawet rozumie, że nie wolno, ale zupełnie nie potrafi tej wiedzy wykorzystać.

Poza tym zaczęła badać grawitację. Rzucamy do siebie piłką, a dziś całkiem celowo trafiła mnie pluszowym Nom-Nomem. Chyba też wzięła go za piłkę.

Noc czwarta

Spała do czwartej nad ranem, co mnie ucieszyło, bo taki był nasz pierwszy cel w tej zabawie. Dopiero rano uświadomiłam sobie, że zamiast o północy, kładliśmy się koło pierwszej, więc sukces jest pozorny. Po czym wstała o piątej czterdzieści.

Podczas gdy ona wydaje bojowe okrzyki i wali o podłogę różnymi przedmiotami, ojciec, świadom mojej obecności, śpi i nawet nie drgnie. Poniekąd podziwiam.

Nauka pływania

Po prawie 9 miesiącach wreszcie się zebraliśmy i poszliśmy na naukę pływania dla niemowląt. Lichu ogromnie się podobało – aż do nurkowania. Ale stawiam na zmęczenie, akurat nieuchronnie nadejszła pora snu, a na dodatek pani instruktorka podeszła, by pomagać – Licho zaś ma lęki separacyjne i nie znosi, gdy obcy człowiek się z nią spoufala.

Wyjęta z basenu, owinięta w ręcznik, wtuliła się w ojca i całą sobą zamanifestowała „tu pozostanę”. Ubraliśmy szybko, wzięłam w nosidło i poszła spać. Dramatyczny koniec zajęć zepsuł nam trochę dobre pierwsze wrażenie, ale chciałabym pochodzić trochę na to pływanie. Problem jest tylko jeden: basen jest tak głęboki, że muszę w nim stać na czubkach palców. Toteż ćwiczyć musi Cain, a on nie jest w stanie zanurzyć swojego dziecka pod wodą ;)

Przesypiać noce

Postanowiliśmy spróbować nauczyć Licho, że w nocy się śpi, a nie wisi na cycku. Wprawdzie wisi przez sen i wprawdzie karmię ją także w półśnie, ale to „pół” robi mi znaczącą różnicę. Licho zaś jest już duże i może jest szansa, że obejdzie się bez jedzenia w nocy co trzy godziny.

Na kilka nocy dyżur przejmuje tata. Założenie jest takie, żeby po ostatnim karmieniu, czyli tym, gdy się kładę, wydłużyć przerwę aż do rana, a więc mniej więcej od północy do szóstej. Autorzy książki o spaniu (z którymi nie we wszystkim się zgadzam) radzą, by zacząć od przesunięcia posiłku o godzinę. Przez tę godzinę między obudzeniem się dziecka a posiłkiem dozwolone jest wszystko. W naszym przypadku „wszystko” oznaczało noszenie od trzeciej piętnaście do trzeciej czterdzieści. W tym czasie Kain trzy razy usypiał ją i odkładał do łóżka, a ona trzy razy budziła się i płakała „mammaa!”. W każdym razie ja zarejestrowałam trzy. Usilnie próbowałam spać, co udało się tylko częściowo. Natomiast gdy już Licho faktycznie zasnęło, nie doczekawszy posiłku o czwartej, ponownie obudziło się dopiero o szóstej trzydzieści. Dostała mleko i wstała, rześka i zadowolona, a ja z nią, jakby mniej rześka. Myślałam, że rano będzie szalone tulenie się do mamy, której w nocy nie było – ale nie, zupełny luz.

Ojciec, ewidentnie wyczerpany nocną opieką dzieckiem, odsypia. Niech mu będzie. Czeka go jeszcze kilka nocy, a potem, być może, wszyscy zaczniemy sypiać sześć godzin bez przerwy.