Nocne rozrywki

O 19.00 zaczęła marudzić i wiercić się w sposób przedsenny, więc zadysponowano kąpiel, która ją nieco ożywiła, lecz o 19.30 wanna już była nieciekawa, bo słabo się w niej śpi. Przed dwudziestą rozpoczęłam usypianie. Najwyraźniej był to bardzo odprężający proces, bo szybko uznała, że jednak nie będzie spać i pół godziny bawiła się w „a kuku”.

„A kuku” jest ukochaną rozrywką i nie ma opcji, żeby jej odmówić tej zabawy. Rozgląda się za jakąś szmatą, zarzuca na siebie i radośnie czeka. Odkryta śmieje się i od razu szuka szmaty od nowa. (Czasem odwrotnie, rodzic zakrywa, a ona robi „a kuku”.) Tak więc przez trzydzieści minut celnym ruchem zakrywała sobie twarz kołderką. Jeśli bokiem dało się podglądać, poprawiała i czekała na moją część zabawy. Kończyny latały, paszcza się nie zamykała (śmieje się zawsze z otwartą buzią), a ona chowała się i chowała, i chowała. Skończy jak Makrauchenia, daję słowo.

W końcu wymiękłam, wzięłam ją na ręce i zabrałam z sypialni, pełnej apetycznych kołder, poduch, tetrowych pieluch i innych doskonałych chowaczy, i skusiłam Caina ofertą zmywania w zamian za usypianie. Przejął Nieśpiącą Królewnę, ale ta ani myślała zasypiać na ojcowskiej klacie, gdyż akurat zaczęła się piękna burza. Poszli więc oglądać burzę z balkonu. Kiedy błyskawice były zbyt rzadko, krzyczała na nie ponaglająco.

Zasnęła o dziewiątej. I po co było zawracać nam gitarę już o siódmej, pytam się?

Ząb!

Nie od dziś i nie od wczoraj Licho lubi ssać i gryźć nasze palce. Powiedziałabym, że upodobanie to narodziło się wraz z nią. Na ząbkowanie też nie ma jak pogryźć palec mamy albo taty, pomaga nawet skuteczniej, niż żel do dziąseł. Nie zdziwiłam się więc, gdy wczoraj po południu wzięła mnie za rękę; rutynowym gestem podparłam się tylko wygodniej, żeby mi ta ręka nie zdrętwiała.

WTEM! Czuję pod palcem rzecz nie do pomylenia z niczym innym, rzecz, którą czułam już mnóstwo razy, lecz nigdy w tej konkretnej paszczy! Koronka, piłka jak na stołowym nożu, nieregularna twardość, która GRYZIE.

Dobra, jestem miętka, zaczęłam się śmiać na głos. Z radości i zaskoczenia. To już?!

Zabawa w jedzenie

Ze wszystkich rzeczy, które robimy w ciągu dnia, zabawa w jedzenie jest jej ulubioną. Rozgniata, zrzuca, przesuwa, wysysa, ciamka, odgryza, przełyka lub wypada jej z buzi, czasem coś zjada, czasem nie. Nie szkodzi, ma czas. Lubi makaron, pieczonego indyka, MASŁO, pomidory, banany, nektarynki. Olewa chleb, który upiekłam z bardzo fancy mieszanki „Chleb domowy z cebulą” i gdy przeczytałam skład, obiecałam sobie już nigdy tego świństwa nie kupować. Domowy chleb ze zwykłej pszennej mąki owszem, je chętnie.

Nie może pojąć, o co chodzi z tymi widelcami. My – dorośli – ciągle jemy widelce, więc najwyraźniej są jadalne. Tymczasem ona wkłada do buzi jeden koniec, ciamka, ciamka i nic. Próbuje z drugiego końca i nadal nic. Ale skoro rodzice to jedzą, to i ona wytrwale próbuje. Gdy podać jej od razu z nabitym jedzeniem, starannie zdejmuje je ręką i odkłada, żeby bez przeszkód znowu spróbować widelca. Dopiero gdy go niechcący upuści, bierze się za jedzenie. Mam wrażenie, że z ulgą.

Największą frajdę sprawia jej chyba naśladowanie. Zadziera głowę, żeby sprawdzić, co wsadzam do ust i co z tym robię. Odkłada swoje jedzenie, żeby zabrać mi z ręki moje, bo chce dokładnie to samo. Kiedy biorę kubek i piję, ona rzuca to, co ma w rękach i wyciąga je po swoją plastikową szklankę albo po moje picie. Z głodem to wszystko nie ma jeszcze nic wspólnego – na głód jest mleko – choć wyraźnie lubi smak niektórych rzeczy.

Masło

Kiedy pogodnie godziłam się na bałagan związany z początkami BLW, nie spodziewałam się, że moja córka pokocha masło. Zanim zacznie siedzieć. Przedwczoraj w maśle – lekko przyozdobionym brokułami – było wszystko, a przynajmniej tak mi się zdawało, ale wczoraj przebiła sama siebie. Żarła to masło i żarła, jak nic innego dotąd, a ono topiło jej się w rękach (kiedyś odkryjesz, córko, oblizywanie palców, ale będziesz miała ubaw) i kapało. Miała je na nosie, kolanach, pieluszce, nawet na tyłku. Ja podobnie. O stanie kuchni nie wspomnę.

Była to moja pierwsza ciężka próba związana z oddaniem kontroli dziecku, bo w pewnej chwili uznałam, że zjadła za dużo, że jej zaszkodzi. Kto normalny je masło w takich ilościach? Jestem pewna, że zjadła tyle, ile tylko zdołał zmieścić jej żołądek. Zgroza. I już, już miałam jej odebrać, gdy przypomniałam sobie, że ufam mojemu dziecku. I pozwoliłam jej jeść dalej.

I co się okazało? Że przedtem cały dzień bolał ją brzuch, bo miała lekkie, pardon, zatwardzenie. Masło od razu pomogło.

Moja mądra córeczka! :-)