Panna Lilly Golightly, w podróży

W sobotę rano wsadziłam dziecko w samochód znajomych (po stokroć dzięki za wożenie nas!) i, pełna obaw, rozpoczęłam trzystukilometrową podróż. Okazało się, że Licho uwielbia podróżować samochodem. Rozgląda się, słucha szumu i muzyki, cieszy się kołysaniem, bawi, zasypia, budzi się. Wszystko na luzie. Co dwie godziny trzeba zrobić postój na jedzenie i rozprostowanie kości, i tyle. W Krakowie na wstępie zaproponowano nam kąpiel, którą obie przyjęłyśmy z wdzięcznością. Potem Liszko zwiedziło apartamenty, obejrzało koty, zjadło i poszło spać. Bardzo słusznie; przed imprezą warto nabrać sił, bo tak w ogóle to pojechałyśmy na urodziny kolegi. Mojego, nie Licha.

Po przebudzeniu, wsadzona w taksówkę, wyraziła radość: znowu samochód! Wytrzymała na imprezie jakieś 1,5 godziny, ale to akurat było do przewidzenia. Czasami żałuję, że nie jest taka twarda, jak jej cioteczny brat, który w wieku niecałych 4 miesięcy gościł na grubej imprezie u nas w mieszkaniu. Gdy przyszła jego pora, Siostra ułożyła go spać na stercie kurtek w bynajmniej nie cichej sypialni i bawiła się dalej. Otóż z księżniczką Lilą ten numer nie przejdzie. Janie, przygotuj powóz, dama się zmęczyła i wraca do domuuuuu  uuu UUUUU! Toteż przygotowaliśmy powóz i odstawiliśmy księżniczkę spać.

Nazajutrz nie było już tak różowo, bo jakoś przed południem młoda przypomniała sobie, że jest drugi dzień poza domem i czwarty bez ojca (delegacje sracje). Postanowiła więc przespać zły czas, co automatycznie sprawiło, że koło 17 – w samym środku trasy powrotnej – zaczęła dawać czadu. Dojechaliśmy na syrenie, a mnie nadal wszystko boli od kojącego nachylania się nad fotelikiem w samochodzie. Jedno, co dobre, to że nocami śpi jak człowiek, a nie odreagowuje. Znaczy śpi póki leżę obok i przytulam, ale to nic nowego. Oraz w drodze powrotnej jakiś babsztyl, wyszedłszy prosto z kibla na Shellu i nie umywszy rąk, rzucił się chwytać moje niemowlę za rączkę. Złapała, puściła i uciekła, rozważam kupienie broni palnej.

Ogólnie jednak uważam, że dziewczyna jest obiecująca wycieczkowo. I chyba wreszcie zrobię to prawko, trzeba jej przecież kupić jakiś samochód ;)

w podrózy

Warsztaty z chustą

Nauczyłam się wiązać tkaną chustę! Wciąż nie robię tego zbyt szybko, ale umiem sama i, jak się okazuje, czuję się pewniej w tkanej, niż w elastycznej.

Tu jest prawie dobrze (ciut za luźno jeszcze):

image

Tak że polecam warsztaty w Żółtej Żyrafie z panią Justyną Antonik, bo jeśli mnie przekonała i nauczyła, to już każdego nauczy.

Alleluja, doczekaliśmy się wizyty u dermatologa

Pani doktor potwierdziła, że Licho ma potówki. Zaleciła kilka rzeczy, z których większość już stosowaliśmy. Nowością będą kąpiele w siemieniu lnianym, osobny preparat do smarowania policzków (podobno podrażnione od śliny) i, od wielkiego dzwonu, balsam do ciała, taki neutralny, żeby nie podrażniał. Kupiłam go po drodze do domu. Kosztował pięć dych i podrażnił w sekundę. Zmyłam.

Reszta wygląda jednak rozsądnie, acz nie wiem, co zrobimy, gdy będzie 30 stopni. Rozważam umieszczenie dziecka na stałe w balii z zimną wodą.

A propos balii, zjadła dziś pierwszą w życiu rzecz, która nie była mlekiem ani herbatką z kopru. Na urodzinach babci dostała kukurydzianą chrupkę i spałaszowała ją, jakby robiła to cake życie. A jeszcze niedawno nie miała pojęcia, co się z tym robi… Ja wiem, że generalnie ludzie jedzą i to żaden cud, ale patrzyłam z fascynacją. I nostalgią (moje małe niemowlątko, co tylko mleczko pije!).

Jutro jedziemy we dwie do Krakowa, na szczęście samochodem. Na jedną noc. Spakowałam wielką torbę Samych Niezbędnych Rzeczy młodej. Swoje wcisnęłam do kieszeni tej torby.

Dotykanie

Ma ogromną potrzebę kontaktu. Kiedy jej nie dotykam, nie patrzę w oczy – od razu dramat. Bawi się trochę sama, ale w dawkach kilkuminutowych, przeplatanych mizianiem. Konsekwentnie woli chustę od wózka, śpi przytulona do mnie, piszczy ze szczęścia, gdy Kain wraca z pracy i do niej gada (ale spać z nim nie chce, cholera).  Aktywnie się przytula, przytrzymuje rękami moją twarz, gdy się nad nią nachylam. Rano często budzi mnie dłoń na policzku. Czasem tylko spojrzenie lub pogodne: „Gi!” („Obudziłam się, mamo!”).

Teraz leży mi na kolanach i bawi się, a ja rozmyślam o obiedzie, którego nie zrobiłam, bo leżałam obok śpiącego Kuroliszka. Leżałam z książką, plackami i herbatą, taka jestem biedna, olaboga.

Zabawy

Wymyśliła sobie ulubioną zabawę: kładzie sobie zabawkę na twarzy i zerka spod spodu. Łobuzersko zerka. Gdy na nią spojrzę, zwykle zdejmuję zabawkę, śmieję się i mówię coś w rodzaju: „Co ty robisz?” Wtedy zachwyt jest pełen.

W związku z atrakcjami wskazującymi na ząbkowanie kupiłam na Allegro gryzaki. Ten wybrany przez ojca jest hitem. Te wybrane przeze mnie kompletnie olewa.

ODEJDŹ.

Och, jaka dzidzia, zobacz, Jasieńku*, jaka niunia malutka!
U mamy na rączkach, tiu tiu tiu!
Jaka malutka, jaka śliczna, ojejku jejku!
Maleństwo, fajnie u mamy, cio?

I za rękę, za nogę, i potrząsa jedna z drugą. I drze zachwyconą gębę nad uchem.

I tak ogromnie mnie korci, żeby zacząć podbiegać do obcych bab (głównie baby, często dzieci, z rzadka płeć męska), łapać je za dowolną, wystającą część ciała, potrząsać i wrzeszczeć:
– O, jaka pani, jaka duża, o, włoski ma, fajnie tak na spacerku, CIO?!

*) Tadziu, Natalko, Martusiu, Sebusiu, whatever.