Rodzice roku

Zasnęła przed 20.00. Wyrodni rodzice zostawili w łóżeczku i poszli sobie otworzyć wino. Czy obudziła się, zanim wypiłam pierwszy kieliszek? Ależ. Winię petardy, w sensie głośniejszą ich sekwencję, bo tak normalnie to nic sobie z nich nie robi. Obudziła się i wierci się, i mędzi. „Niewygodnie” – myślę i obracam na plecy. Marudzi. Biorę na ręce. Marudzi. „Brzuszek boli!” – odkrywam i robię rowerki. Płacze. No to dziecku ojcu do noszenia, a sama idę podgrzewać mleko (tym razem jesteśmy przygotowani). Trochę to trwa, więc płacz i zgrzytanie dziąseł. Wreszcie podaję flaszkę.

Zjadła, owszem, chętnie. Wtrąbiła prawie całą porcję. I marudzi dalej. Zrezygnowana niosę do sypialni, żeby walczyć dalej, ale nagle coś mi jakby zajeżdża… I wtedy odkrywamy, że od godziny na wszelkie sposoby próbujemy uspokoić płaczące niemowlę, które po prostu zrobiło kupę i mu brudno.

Piętnaście lat nianiowania, prawda.

Awans

Dziś skończyła miesiąc. Oficjalnie przestała być noworodkiem.

Więc to się czuje, gdy dziecko osiąga nowy level? U mnie z przewagą: „Możemy to jeszcze cofnąć? Lubiłam to małe!”

Wyrosła z ubranek (jak? kiedy? dlaczego?) i musieliśmy pozyskać większe. Cały ten stuff – za małe, aktualne i na za miesiąc – nigdzie nam się nie mieści.

Z nowych umiejętności szczególnie godna uwagi jest sztuczka, którą wykonuje przy karmieniu: jednym, celnym ciosem zrzuca matce okulary. Sobie na łeb.

Zwierzyniec

Zanim jeszcze zaistniała, była Kociątkiem. Ujawniwszy się pierwszego kwietnia, została Trollem. Kiedy poczułam pierwsze, delikatne ruchy w brzuchu, nazwałam ją Delfinem, po czym dość szybko przemianowałam na Kangura (te kopiące nogi!)

Po urodzeniu została kolejno lub jednocześnie: Myszką, Żabką, Świnką (bo chrumka), Foczką (kiedy podnosi głowę), Dinożarłem (wiadomo). Kociątkiem jest nadal – gdy ziewa. Trollem też.

Znakomicie potrafi wydawać odgłosy każdego z tych zwierząt, to znaczy nie wiem, jak mówi kangur, ale delfina ogarnia – przy kolce. A reszta to pikuś.

Edit:
zapomniałam o Żółwiu (gdy wyciąga szyję), Lwie Na Gałęzi i Tygrysiątku (hermetyczne), a przed chwilą okazała się także Owieczką („mee, mee!”).

I o dzięciole oraz dziobaku (gdy dziobie nosem w cycek zamiast jeść jak człowiek).

Chcę, ale nie mogę

Obecnie Licho ma dwie główne fazy:
„już nie mogę jeść, ale nie umiem przestać”
i „jestem bardzo zmęczona, ale nie mogę zasnąć”.

Pierwsza generuje ryki przy cycu, ryki bez cyca, ulewanie (aka „porzygam się z nadmiaru szczęścia”), mdłości i oblewanie matki tym, czego nie zdołała przełknąć.

Druga generuje ryki przy cycu, ryki bez cyca (częściej), ryki, bo się zgrzała rycząc oraz rzucanie się jak ryba.

Obie leczy – nie od razu – stanowczość rodzica w wersji „już wystarczy; o, zobacz – tatuś!” lub „zrobimy lwa na gałęzi, smok do paszczy i będę cię głaskać po pleckach, aż mi ręka odpadnie”.

Zapewne wyczerpuje ją nadmiar wrażeń, albowiem nauczyła się:
– Widzieć kota
– Wodzić wzrokiem za obiektem (byle dużym)
– Oglądać szeleszczącą książeczkę („trzymaj ją w polu widzenia, mamo, na pewno jeszcze ci ręka nie zdrętwiała!”)

Ależ to życie jest męczące, nie?

Rymowanki-przewijanki

Była sobie żabka mała
Co zielone nóżki miała
Nóżki piękne raz i dwa
Każda żabka ma

Były sobie małe pieski
Które lubiły pinezki
Miały tych pinesek pięć
No bo miały taką chęć

Były sobie małe liski
Które miały puste miski
Poszły więc do baru raz
No bo miały czas

Była sobie kawka mała
Co na drzewie wciąż siedziała
Kawka czarna tak jak noc
Znała żartów moc

Była sobie żabka mała
Która w stawie wciąż siedziała
Wyszła z niego tylko raz
I bocian ją zjadł
(tak było, i więcej już nie wychodziła!)

Była sobie krówka mała
Która trawę wciąż szamała
Trawę jadła raz, dwa, trzy
Miała po niej barwne sny

I tak dalej, na dowolnie wybraną, fałszywą melodię.
I żałujcie, że nie znacie śpiewanej przez rodzica męskiego piosenki o jeżu, który stoi na polu i rusza uszami. Moje życie już nigdy nie będzie takie samo.