Urodzona o świcie

Niestety nie o tym świcie, przed którym obudziły mnie skurcze. Ze szczegółów to powiem tak: 27 godzin to bardzo dużo, po 21 z nich znieczulenie zewnątrzoponowe wydaje się najlepszym wynalazkiem ludzkości, zaś sposób jego aplikacji jest stanowczo tej ludzkości wynalazkiem najgorszym.

Lila urodziła się dziś o 5.30 rano. Ważyła 3640 g i mierzyła 55 cm. Była kompletnie sina i zachłyśnięta, ale bardzo spokojny i sprawny zespół szybko doprowadził ją do porządku. Nawet mało pognieciona wyszła, ot, jedno oko podbite. Póki co jest bardzo kulturalnym dzieckiem: dużo śpi i ładnie je, aczkolwiek, stwierdziwszy dyskomfort, od razu podnosi wrzask. Nie dla niej mediacje i półśrodki.

Naprawdę ciekawe, po kim ona to ma.

Plan

Plan był doskonały. Postanowiliśmy sobie, że termin wtorkowy nam nie odpowiada i młoda urodzi się w weekend. W piątek więc postanowiłam wszystko sobie przygotować. Wzięłam długą kąpiel, zrobiłam – przewidując, że później mogę mieć jakby inne rzeczy na głowie – peeling i maseczkę, odżywkę na włosy nałożyłam; ogoliłam, co zwykłam golić, nasmarowałam się olejkami i kremami. Obcięłam paznokcie, żeby nie podrapać własnego dziecka na dzień dobry. Spakowałam walizkę do końca, usmażyłam kotlety (naszło mnie na mięso), nawet zrobiłam kanapki dla męża, niech ma. Upiekłam ciasto. Uprzedziłam kierowcę. Zaplanowałam posty na prowadzonych fanpage’ach. No idealnie, tip-top, super po prostu. Ba, nawet szkic tej notki przygotowałam.

Następnie zaś udaliśmy się do sypialni, aby podjąć porzucone na miesiąc małżeńskie obowiązki – z nadzieją, że to skutecznie zachęci młodą do wyjścia na świat boży. Od dwóch godzin miałam jakieś niezdecydowane, nieregularnie skurcze. Przeszły w kąpieli, wróciły podczas oglądania Bonda… i definitywnie minęły po seksie. No i zamiast, jak miałam nadzieję, nad ranem jechać do szpitala, przespałam jak anioł prawie 10 godzin (z obowiązkowymi w 9 miesiącu przerwami na siku, ale mniejsza) i wstałam bez żadnych widoków na rodzenie.

W sobotę od rana zatem wdrożyłam dalszy ciąg Planu. Wysprzątałam kuchnię, pozmywałam, wyszorowałam stół, zrobiłam śniadanie, posprzątałam po śniadaniu, przeleciałam jak wicher przez mieszkanie, porządkując, układając i chowając. Wytarłam kurze w całym domu. Wysprzątałam balkon. Dokładnie odkurzyłam mieszkanie i umyłam podłogi (mopem, no bez przesady). Zdjęłam i pochowałam pranie, zrobiłam następne. Zeszłam po schodach z 6. piętra, poszłam do Siostry, weszłam do niej na 3., wróciłam i wspięłam się z powrotem na 6. Do szesnastej udało mi się uzyskać ból pleców, rwę kulszową, zmęczenie i idealny porządek. Młoda ani myślała wychodzić.

Wieczorem pojechałam do drugiej siostry, która mieszka na 10. piętrze. Dałam radę wejść tylko na piąte. Wróciłam, weszłam do domu po schodach, zrobiło mi się słabo i pół godziny leżałam na podłodze. Kiedy wstałam, machnęłam 10 przysiadów i poszłam spać.

W niedzielę rano miałam bardzo czysty dom, trochę bolący kręgosłup i żadnych objawów zbliżającego się porodu.

W poniedziałek pojechałam na umówioną wizytę u ginekologa. Powiedział, że wszystko super, szyjka ciut krótsza, ale że jeszcze. I kazał latać na KTG najrzadziej co trzy dni. Leniwie rozważyłam jeszcze trochę odkurzania i schodów, ale nie chciało mi się – zdążyłam już nastawić się filozoficznie. Wylezie, kiedy zechce.

We wtorek od niechcenia przypominałam młodej co i rusz, że właśnie mija termin i pora wychodzić. Ale cóż, jak się spłodziło trolla, to trzeba cierpieć. W środę okazało się, że jest pełnia, co uznałam za dobry omen i natychmiast powtórzyłam brzuchowi.

Zaczęło się nad ranem.

No cześć.

Mały Troll ujawnił się pierwszego kwietnia za pośrednictwem klasycznych dwóch kresek na teście. Siostra nazajutrz dla pewności zadzwoniła i spytała, czy to nie był żart.

O życiu z Trollem wewnątrz pisałam na swoim blogu, o tu. Młoda ma się pojawić za parę dni, którym to wyczynem zasłuży sobie na własną stronę. Właśnie tę. O ile będę miała siłę i czas, żeby coś pisać ;-)

Tutaj jest FP, jeśli ktoś chce.