Bajka-zasypianka o barankach

Kilka miesięcy temu wymyśliłam dla Licha bajkę do usypiania. Szybko stała się ulubioną bajką, wobec czego opowiadam ją prawie codziennie, a Licho poprawia mnie, jeśli pomylę coś albo czegoś zapomnę. Bajka działa bardzo skutecznie, zwłaszcza na mnie. Ostatnio zasnęłam opowiadając, wskutek czego do bajki wkradły się lwy i tygrysy, które wrzuciłam tam przez sen (matka może wszak opowiadać bajkę nawet, gdy śpi).

Wysoko w górach była sobie łąka, na której rosła pyszna, soczysta, zielona trawa. Na tę łąkę przychodziło codziennie rano sześć małych baranków. Gdy tylko się tam zjawiały, natychmiast zaczynały chrupać pyszną trawę i na całej łące rozlegało się ich chrupanie: „chrup, chrup, chrup!”. Jadły i jadły, a gdy już napełniły sobie brzuszki, robiły się senne. Wtedy kładły się na łące, na miękkiej trawie – każdy w swojej ulubionej pozycji.

Pierwszy baranek kładł się na lewym boku.
Drugi zwijał się w kłębuszek.
Trzeci – na prawym boku.
Czwarty – na brzuchu.
Piąty – na grzbiecie, z nogami sterczącymi pionowo do góry
A szósty baranek opierał się o pień rosnącego pośrodku łąki drzewa i zasypiał na siedząco.

I spały baranki, spały, spały (a po całej łące rozlegało się ich chrapanie), aż w pewnej chwili jeden z nich poruszał się przez sen.
A to pierwszy baranek przewrócił się z lewego boku na prawy.
A to drugi rozwinął się trochę ze swojego kłębuszka.
A to trzeci przekręcił się z prawego boku na lewy.
Albo czwarty schował nogi pod brzuszek.
Albo piąty opuścił nogi.
A czasem szósty baranek zsuwał się po pniu drzewa coraz niżej i niżej, i niżej, aż wreszcie lądował całkiem na grzbiecie.

W każdym razie gdy tylko któryś z baranków poruszył się we śnie, wszystkie budziły się jednocześnie. Wstawały i zaczynały znów chrupać pyszną, soczystą, zieloną trawę. Jadły i jadły, a gdy znów napełniły sobie brzuszki, chciało im się pić. Schodziły więc ścieżką w dół, nad rzekę, żeby napić się czystej, zimnej wody. Stawały na brzegu obok siebie i zaczynały pić – wszystkie jednocześnie.
Pierwszy baranek strasznie siorbał.
Drugi baranek strasznie chlapał.
Trzeci pił jak przez słomkę.
Czwarty łapał w powietrzu krople wody.
Piąty wkładał całą głowę do rzeki.
A szósty pił zupełnie normalnie i cichutko.
Kiedy już się napiły, wracały ścieżką w górę na swoją łąkę i znów zaczynały chrupać soczystą, pyszną, zieloną trawę – aż do wieczora.

Wieczorem, o zachodzie słońca, przychodziła po baranki ich mama – owca. Baranki widziały ją już z daleka i biegły do niej, wołając jeden przez drugiego:
„Mamo, mamo, mieliśmy taki wspaniały dzień! Byliśmy na łące, i jedliśmy trawę, i spaliśmy na trawie, i byliśmy nad rzeką, a potem znów jedliśmy trawę!” – a mama – owca codziennie słuchała tych samych historii i codziennie mówiła:
– Widzę, że rzeczywiście mieliście dziś ciekawy dzień!
A potem prowadziła swoje baranki do domu, do stodoły, gdzie wszyscy układali się do snu na mięciutkim sianie – każdy w swojej ulubionej pozycji.

Pierwszy baranek – na lewym boku.
Drugi zwinięty w kłębuszek.
Trzeci na prawym boku.
Czwarty na brzuchu.
Piąty na grzbiecie, z nogami sterczącymi pionowo do sufitu.
A szósty, najmniejszy baranek wtulał się w wełnisty brzuch swojej mamy – owcy i zasypiał na siedząco.

Kiedy wszystkie baranki już spały, mama – owca ziewaaaaała… I również zasypiała.
Dobranoc!

10 rzeczy, które chciałabym wiedzieć przed pierwszym dzieckiem

Jestem mamą od trzech lat i nadal odkrywam rzeczy, których świadomość zmienia moje macierzyństwo. Pewnie tak będzie zawsze i chociaż nie jestem typem, który by sobie to czy tamto wyrzucał poniewczasie, to jednak uważam, że parę spraw można było zrobić lepiej, a paru innym zapobiec. Zainspirowana kolejnymi ciążami koleżanek oraz znalezionym dziś na facebooku obrazkiem postanowiłam zebrać w jednym miejscu złote porady, które chciałabym otrzymać ponad trzy lata temu. Spora część dotyczy samego porodu, czyli jest nie tylko o dzieciach, ale także o mnie i moim zdrowiu.

12369090_1189230274425267_5400940548476821216_nA więc:

1. Przeczytaj dobrą książkę o porodzie naturalnym.
Tak, w szpitalu są położne, lekarze i oni Cię mają poprowadzić, ale heloł, to Ty rodzisz. Nie położna, choćby najlepsza. I nie, szkoła rodzenia Ci tego nie da. Dlaczego? Po prostu przeczytaj. Wystarczy jedną, byle dobrą (może być np. Ina May Gaskin albo Irena Chołuj). Przeczytaj ją nawet, jeśli nastawiasz się na poród przez cesarskie cięcie.
Gdybym to zrobiła trzy lata temu z hakiem, uniknęłabym nacięcia, które doskwiera mi do dziś i poważnie przeszkadzało w drugim porodzie.

2. Przeczytaj dobrą książkę o karmieniu piersią.
Wiedza to potęga, a nie masz pojęcia, jak niewiele czasem wie personel medyczny. (Mądra po czasie, polecam „Po prostu piersią” Gill Rapley i Tracey Murkett.) Przeczytaj ją nawet, jeśli nie sądzisz, żebyś miała karmić naturalnie.
Gdybym to zrobiła, prawdopodobnie znacznie więcej bym spała w pierwszych tygodniach.

3. Miej doulę i zrób plan porodu.
Obecnie plan porodu to oficjalny dokument, który szpital ma obowiązek uznawać podczas Twojego porodu i po nim. Doula natomiast to jest po prostu samo wcielone dobro.
Nigdy więcej nie rodzę bez douli.

4. Zainwestuj w spotkanie z doradcą noszenia w chustach.
Serio, chusta zmienia życie na lepsze. Jeśli nie masz wolnego grosza, spotkaj się jeszcze w ciąży z grupą noszących kobiet i wypraktykuj wiązanie, a zwłaszcza dociąganie chusty. (Chustę tkaną, bo o takiej mówię, możesz kupić za 100 zł albo i mniej, jeśli poszukasz. Używana jest okej.)
Gdybym to zrobiła u zarania życia Lili, pewnie nie przesiedziałabym trzech miesięcy w łóżku, z wymagającym niemowlakiem na klacie.

5. Karmiąc piersią, jedz wszystko.
I mean, wszystko. Tak, kapustę też. I smażone. I surowe. I lody, i truskawki, i czekoladę, i kawę też możesz pić. Jeśli jakikolwiek lekarz zasugeruje Ci dietę ze względu na stan dziecka, skonsultuj się z doradcą laktacyjnym (nawet, jeśli sugeruje ją alergolog).
Gdybym to zrobiła wcześniej, prawdopodobnie uniknęłabym choroby, którą leczę już pięć miesięcy.

6. Przeczytaj dobrą książkę o rozwoju dzieci.
Moja ulubiona to „Dziecko z bliska” polskiej psycholożki Agnieszki Stein.
A to akurat zrobiłam!

7. Pielęgnacji niemowlęcia nie ucz się w szkole rodzenia, lecz od fizjoterapeuty dziecięcego.
Można pójść na warsztaty albo umówić się na spotkanie indywidualne, pewnie też można pooglądać filmiki Pawła Zawitkowskiego.
Miałam takie filmiki na płycie CD, ale ich nie obejrzałam. A być może moje dzieci miałyby się dziś lepiej – na szczęście wystarczyła niewielka korekta obyczajów.

8. Kupuj mniej.
Bardzo możliwe, że nie potrzebujesz wanienki. Łóżeczko prawdopodobnie będzie tylko stojakiem na ubrania / legowiskiem kota. Osobny mebel do przewijania? C’mon. Ciuszki? Te do rozmiaru 62 będą tylko na chwilkę, a brudzi się w tym wieku mało. Butelki, podgrzewacz do mleka, laktator – zawsze zdążysz, po co się mają kurzyć nieużywane? Znajomi, którzy już mają dzieci, pewnie chętnie oddadzą albo tanio sprzedadzą rzeczy po nich.
Na szczęście nie zdążyłam kupić, nim mnie zarzucono sprzętem. Podgrzewacza po znajomych użyłam raz. Wanienki – dopiero przy drugim dziecku. Laktator od trzech lat mam pożyczony.

9. Jest taki zawód, jak fizjoterapeutka ginekologiczna. Zadzwoń do jakiejś po porodzie (cesarskim też). A już zwłaszcza, gdyby coś Ci potem doskwierało. 
O, jak żałuję, że nie poszłam do niej po pierwszym porodzie, a przed drugim.

10. Przysługuje Ci około 30 bezpłatnych, edukacyjnych wizyt położnej środowiskowej.
Wybierz jakąś z polecenia i wykorzystaj te spotkania. Znów – wiedza to siła.

To wszystko brzmi może trochę, jakby nie dało się być matką bez armii speców, ale uwierz mi, oni i tak wszędzie będą. Chodzi o to, żebyś wybrała tych dobrych. A potem, uzbrojona w wiedzę, dokonasz własnych wyborów. Powodzenia!

 

Zacznij od jednego oddechu

Mam takie poczucie, że wiecznie biegnę. Zawsze jest tyle do zrobienia przy dzieciach, w domu, a jeszcze moja pasja pomagania innym mamom, a jakieś warsztaty, wiadomości na fejsie, obiad w domu, zakupy, zawsze w pędzie. I zawsze między jednym a drugim karmieniem, obitą głową, czytaną bajką, mokrą pieluchą. W pośpiechu, którego od zawsze szczerze nie znoszę. Nie lubię się spieszyć, lubię mieć zaplanowane, lubię spokojnie, celowo, konkretnie. Trochę ciężko przy dwójce maluchów, tak jakby.

W tym biegu denerwuję się strasznie szybko. Mój słynny krótki loncik znacznie się skraca w rodzicielskim chaosie i choć wiem, że to nie pomaga, wciąż i wciąż robię rzeczy, których potem żałuję. Najczęściej to jest tak, że jest mi niewygodnie i źle, coś boli albo chce mi się pić, ale w danej chwili nie mogę sobie zrobić wygodniej. Wtedy myślę o tych swoich potrzebach i tym, co je akurat uniemożliwia, a potem, niestety, otwieram usta. I płynę. Pięć minut później rejestruję szeroko otwarte oczy Licha i to, że nadal mówię. I że to nikomu nic nie pomaga.

Dlatego tegoroczna Konferencja Bliskości była dla mnie bardzo, bardzo cenna. Było na niej bowiem sporo o tym, jak uczyć się empatii i spokoju. Jak trenować uważność i jak przyjmować wszystkie emocje dzieci, zwłaszcza te trudne. Jak bawić się z dziećmi w ich zabawy, witać ich pomysły, pomagać im – i nie zwariować. Było sporo o tym, że nikt nie jest święty i że nie chodzi o to, żeby było wszystko idealnie. Chodzi o proces, o naukę, a także o to, żeby zacząć od teraz. Teraz, tutaj możesz – nie krzyknąć. Na przykład.

„Zacznij od jednego oddechu” – powiedział dr Lawrence Cohen i trafił mnie prosto w serce.
„Jeśli to nie jest zawał, to może zaczekać”. Nie dam rady być zawsze idealna, ale hej, dam radę zacząć od jednego oddechu! Zatrzymać się na moment, który pozwoli mi na przykład nie otworzyć ust. No dobra, nie wiem, czy na pewno dam radę ich nie otwierać, ale mogę się starać, prawda? Ogromną otuchą napełniła mnie Monika Szczepanik ze Świata Żyrafy, która mówiła o tym samym. To krzepiące, że osoby praktykujące Porozumienie Bez Przemocy na co dzień, od lat – też nie są idealne ;) Chyba największe brawa pierwszego dnia konferencji zebrała Agnieszka Stein, gdy na problem z sali: „Wciąż czuję, że nie postępuję tak, jak bym chciała” odparła: „Ja też”.

Tak sobie tutaj piszę i widzę właśnie, dokładnie w tej chwili, że mam spory problem z dorośnięciem do własnych oczekiwań. Tymczasem w sobotę Marta Sikorska powiedziała coś niesamowicie odświeżającego, co dało mi zupełnie inny punkt widzenia, nowy punkt wyjścia. W moich notatkach mam nawet przy tym cytacie stosowny rysunek, choć nie umiem rysować i staram się tego nie robić, gdy nie muszę. Tym razem jednak musiałam, żeby w ogóle móc się potem skupić na dalszym ciągu panelu.

„Lubię mojego szakala.”

Lubię mojego szakala! Gdy zaatakuje, sprawdzam, czego on bronił, o co mu chodziło. Czemu akurat ta sytuacja wyprowadziła mnie z równowagi? I – znów Cohen, a także Agnieszka Stein w wykładzie o empatii – to jest punkt wyjścia do dalszego rozwoju. Nie chodzi o to, żeby się martwić, że jestem najgorszą matką na świecie, tylko żeby przyjąć swoje emocje, sprawdzić, czego potrzebuję, co mnie tak naprawdę zdenerwowało i dlaczego, bo może tam właśnie kryje się jakieś miejsce, które mogę sobie poprawić, uzdrowić? „Wielu rodzicom do tego, żeby byli wspaniałymi rodzicami, potrzeba tylko, żeby mogli się porządnie wyspać” – powiedziała Agnieszka Stein. Cholernie wiele w tym prawdy. Cały zresztą dwuczęściowy wykład Agnieszki o empatii dał mi nie tylko narzędzia do tego, żeby praktykować od teraz, ale też wzmocnił moje przekonanie, że trzeba dbać o siebie. I czasem pozwolić innym o siebie zadbać, bo czasami potrzebujemy najpierw empatii od drugiej osoby, żeby dać ją sobie sami, a potem dopiero będziemy w stanie dać innym. A tutaj znów wracamy do Cohena, który zachęcał, żeby mieć jakąś zaufaną osobę, najlepiej nie będącą współrodzicem naszych dzieci, z którą możemy zawsze przegadać trudne chwile i otrzymamy wsparcie emocjonalne. Skoro zaś znów jesteśmy przy Cohenie, inspirująca była dla mnie rada, by – jeśli nie jesteśmy w stanie bawić się z dzieckiem na okrągło z pełną uwagą, a umówmy się, nikt nie jest – najzwyczajniej w świecie nastawić timer. 10 minut będzie całkiem w porządku, jeśli poświęcimy je na autentyczne porozumienie.

Mogłabym tak jeszcze długo, a to tylko trzy panele. Ale te właśnie najbardziej mnie poruszyły. Obiektywnie przyznaję, że największą furorę zrobił jednak Carlos Gonzalez swoim wykładem o żywieniu dzieci. Zaczęło się od pytania: „Czy w wieku sześciu miesięcy dzieci nagle głupieją?”*, a potem napięcie rosło. Nie będę Wam przytaczać tego wykładu, ale zacytuję Gosię Jackowską, która siedziała obok mnie i mniej więcej przy tej tabelce zapytała przez zęby: „Gdzie są pediatrzy na tej sali?”. Też żałuję, że ich prawie nie było.

12334320_1204635126216580_1348948100_oWykładów było jeszcze wiele, ale czuję, że jeśli zacznę pisać o wszystkich, albo nawet tylko tych, z których wyniosłam coś ważnego dla siebie, to ten wpis nie będzie miał końca. Mój konferencyjny notesik jest pełen inspirujących myśli i cytatów, tytułów książek do przeczytania i adresów blogów do zapoznania się. Jeszcze bardziej wypełnioną mam głowę, a najbardziej – serce.

Julita, Emilia – dałyście mi inspirację, siłę i pomysły na dalsze działania. DZIĘKUJĘ!

Dziękuję też wszystkim, które i których spotkałam.
I dziękuję za opiekę nade mną i moją zagipsowaną nogą :)
Justyna
Ola
Agata
Zuza
Agnieszka
Marta
Gosia
i wszyscy, wszyscy inni – dzięki <3


*Skoro przez pół roku uważamy, że najlepsze jest karmienie na żądanie, pod kierunkiem dziecka, to dlaczego po sześciu miesiącach nagle to pediatra, rodzic i panie w żłobku wiedzą najlepiej, ile i czego dziecko powinno jeść? Samo dziecko jest najlepszym specjalistą.

Osiem i pół miesiąca później: matko, szacun.

No więc, nie zaczyna się tak zdania, ale bardzo lubię, no więc mam dwoje dzieci. Niemowlak raczkuje, siada, wstaje. Starsza nie lubi pożyczać zabawek. Macie ogólny ogląd sytuacji. Niemowlak ma alergię i AZS, ale już jest nieźle. Ja mam dietę, ale już znośną (będzie o tym notka, bo niepotrzebnie się dałam wkręcić) oraz trochę jazdy z tarczycą (senność, nerwowość w pakiecie). Ale mam też: nianię do starszej trzy dni w tygodniu, panią do sprzątania i partnerski podział obowiązków w domu. A także prywatnych lekarzy.

Umieram ze zmęczenia. Nic mi się nie chce. Kurs na prawko leży napoczęty. W domu bajzel. Urzędowe sprawy mi zalegają. No masakra. A przecież, powtórzmy, mam nianię, panią do sprzątania, ogarniającego męża. I tylko dwoje dzieci.

Matko samodzielna. Matko pracująca. Matko wielodzietna. Matko z partnerem na placówce, bez partnera, samotna w wielkim albo małym mieście. Matko chorego dziecka. Która jeszcze dajesz radę, gotujesz im obiady, jakoś sprzątasz, gdy śpią, nosisz zakupy, nie masz forsy na nianie, ale ciągniesz ten wózek, uśmiechasz się do dzieci, bawisz się, może nawet prasujesz ubranka (hate, hate).

Matko, szacun. I ściskam Cię mocno.

Ja też cię kocham

Moja córka weszła w ten wiek, który najbardziej przeraża dyskutantów o karmieniu piersią. Ma dwa lata i czasami zdarza się, że potrzebuje piersi natychmiast. Niekiedy jest w stanie poczekać, ale czasem, zwłaszcza w okresach większego napięcia, czekać nie chce i nie może. Robi wtedy właśnie to, czego tak strasznie boją się mamy „długo karmiące” (cudzysłów, bo „długo” jest bardzo względne) – włazi mi na kolana, zsuwa mi bluzkę i pije, nie zważając na żadne protesty. Zdarzyło się to dziś przy śniadaniu i bardzo mnie zdenerwowało.

– Chcę mleko mamy – powiedziało Licho.
– Nie teraz, bo będzie mi niewygodnie jeść – zaprotestowałam.
– W łóżku!
– No nie, w łóżku nie, bo teraz jem śniadanie.
– W łóżku! Teraz!
– Dam ci mleko po śniadaniu, muszę zjeść.
Nie bardzo ją to przekonało, próbowała mnie odepchnąć od stołu.
– Córko, jestem taka baardzo głodna! – powiedziałam, używając jej własnych słów, gdy chce coś zjeść. Na to Licho władowało mi się na kolana, wyciągnęło pierś i zaczęło pić.

Zagotowałam się. Nie raz karmiłam dzieci, gdy wcale nie miałam na to ochoty, ale tym razem coś mnie trafiło i poczułam się naprawdę niefajnie. To w końcu moje ciało, kurczę.

– Czuję się okropnie – powiedziałam córce – To moje piersi i ja chcę decydować.
– Ale jak skończę. – odparło Licho. Teraz mnie to śmieszy, ale w tamtym momencie byłam zbyt wściekła.

Skończyła pić i chciała mi coś pokazać, ale nie miałam chęci się teraz z nią bawić, bo wciąż się we mnie gotowało.
– Jestem trochę zła, wiesz. – powiedziałam.
– To ja cię przytulę. – odpowiedziała i objęła mnie małymi, ciepłymi łapkami. A moja złość zaczęła się bardzo szybko ulatniać.
– Przytul mnie, mamo! Mocno, mocno. Nie za mocno!
Przytuliłam ją i wszystko mi przeszło.
– Kocham cię, córeczko.
– Ja ciebie też kocham.
– To cudownie – wzruszyłam się na serio, bo usłyszałam to po raz pierwszy.
– Ja ciebie, a ty mnie! – ucieszyło się Licho.
– Tak, ja ciebie, a ty mnie.
– To fajne – powiedziała mi do ucha, wciąż przytulona. – Kochamy się obydwie.
– Tak, to fajne.

Wyrzuty sumienia

Od dwóch tygodni moje życie jest nieustanie przepełnione wyrzutami sumienia. Kniaź, jako klient mniej awanturujący się, jest tym częściej odkładanym na bok lub oddawanym tacie. Ramiona taty są nie mniej czułe od matczynych, ale noworodek dobrze wie, że to nie ten rodzic, co dotąd. Pomału więc zaczyna domagać się swego i coraz częściej nie ma, że będzie spał – owszem, może rozważyć ten scenariusz, ale tylko na mamie. Innymi słowy skapnął się, że robię go w konia, i postanowił, że się nie da. Nie dziwi mnie to wcale. Milion razy dziennie odkładam go, czasem odczepiając od piersi, żeby zająć się Lichem. I mam cholerne wyrzuty sumienia, że zaniedbuję synka.

Licho jest niby starsze i niby coś tam można jej już wytłumaczyć. Rozumie, że małe dziecko jest głodne. Wie, że gdy płacze, trzeba je przytulić i sama nas do tego nawołuje. Pomaga przy przewijaniu, a gdy wydaje jej się, że nikt nie zwraca uwagi, głaszcze brata bardzo delikatnie, jak kruche szkło. Jednocześnie zaś cały jej świat stanął na głowie. Dotychczas rodzice byli dla niej zawsze, gdy tego potrzebowała. Teraz budzi się w środku nocy i zamiast zostać przytulona i ukojona mlekiem, widzi tylko moje plecy, gdy akurat karmię Kniazia. Trudno jej zaakceptować, że nie mogę się nią od razu zająć. Czasami snuje się po domu z płaczem bez konkretnego powodu. Często mówi biednym głosikiem, że jest małym kotkiem, miau, miau. A ja mam cholerne wyrzuty sumienia, że zaniedbuję córkę.

Nie rozdwoję się, choćbym chciała. Żongluję tymi moimi dziećmi cały dzień i całą noc, nieustannie rozważając, czyje potrzeby są w danym momencie większe, które może chwilę zaczekać, które być może da się ogarnąć tacie i czyj płacz łatwiej zniosę. Przy czym ostatnie pytanie jest o tyle bezcelowe, że gdy ryczy jedno, drugie też zaraz zaczyna. A wyrzuty sumienia i tak mam cały czas.

Zdałam sobie z nich sprawę dzisiaj i od razu pomyślałam, że powinnam się ich pozbyć. Robimy oboje, co tylko możemy, a może i więcej. Dzieci wezmą wszystko, co tylko im się zechce dać; nie ma limitu uwagi, jaką małe dziecko jest w stanie przyjąć. W dodatku to, że się tak cholernie spinam, na pewno im nie pomoże, no i nam też nieszczególnie. Oczywiście łatwo to powiedzieć, a zrobić trudniej. Tak więc wszelkie złote myśli, cudze doświadczenia i wyrazy wsparcia są mile widziane. Szczególnie ciekawa jestem, czy tylko ja tak mam (jako z natury spiętodupna), czy też jest to powszechne rodzicielskie doświadczenie? A jeśli powszechne, to czy mija? Help?

1503959_985120851501343_1552527687143094748_n